28 grudnia 2016

Kosmetyki - polecane, odradzane, obojętne część 1

Wielkimi krokami zbliża się koniec roku. Z tego powodu postanowiłam rozliczyć się sama ze sobą z piętrzącym i zalegającym mi denkiem. Dawno już nie pisałam tego typu postu. Zazwyczaj pojawiał się on regularnie co 3 miesiące, a w tej chwili minęło już pewnie dobre pół roku. Cały czas jednak skrzętnie odkładałam puste opakowania. Po co? No cóż, dla mnie jest to swego rodzaju podsumowanie i sprawdzenie ile i jakich produktów najczęściej używam. Tak właśnie powstał o kosmetykach, które polecam, zdecydowanie odradzam lub, które są mi totalnie obojętne. Zapraszam na pierwszą część wpisu. Może odnajdziecie w nim swoje kosmetyczne hity.




Polecane.

Zaczniemy od kosmetyków, które się u mnie sprawdziły, a tym samym jestem w stanie je polecić. Większość z nich znajdziecie w każdej drogerii, zwłaszcza jeśli chodzi o produkty do higieny. w tej kwestii staram się nie być wybredna.


1.Żel pod prysznic i płyn do kąpieli macadamia oil On Line - dobrze się pieni i świetnie sprawdza się zarówno jako żel pod prysznic jak i płyn do kąpieli. Piana jest miękka i delikatna, a zapach olejku macadamia umila kąpiel, choć nie powiem, żeby był on moim ulubionym.

2. Energetyzujący żel pod prysznic słodka malina Seyo - żel kupiony w aptece. Podobnie jak ten powyżej ma on pojemność 500ml. Zapach słodkiego syropu malinowego - mniam.

3. Żel pod prysznic żeń-szeń i imbir Apart - mam ogromną słabość do męskich zapachów i z tego powodu czasami sięgam po takie żele. Bardzo lubię produkty do higieny marki Apart, również i ten mnie nie zawiódł.

4. Żel pod prysznic owoc granatu CD - 250 ml granatowej rozkoszy. Zapach delikatny i przyjemny. Wart wypróbowania.

5. Kremowe mydło w płynie Linda o zapachu tutti frutti - dostępne w każdej Biedronce. Zawsze stoi u mnie przy zlewie w kuchni, a słodki zapach owoców rozchodzi się po całym pomieszczeniu.

6. Perfumowane mydło do ciała Pani Wawelska noir - po raz pierwszy u mnie gościło. Nie dość, ze ładnie wygląda, to jeszcze pięknie pachnie i się pieni. Na pewno wrócę jeszcze do tej marki.

7. Kremowa kostka myjąca Dove gentle exfoliating - do marki Dove mam słabość, od lat uwielbiam ich mydła. To zawierało drobinki ścierające, co umilało kąpiel delikatnym masażem.

8. Mydło z dziegciem brzozowym i węglem aktywnym Scandia Cosmetics - kolejna marka, którą lubię. Bardzo przyjemne mydełko o cudownym zapachu.

9. Mydło ręcznie robione nagietek i konwalia Pszczela Dolinka - jeszcze jedna z moich ulubionych marek kosmetyków kąpielowych. Ich mydła to prawdziwe dzieła sztuki z zasuszonymi kwiatami i obłędnymi zapachami.


10. Luksusowy balsam regenerująco - kojący kwitnąca wiśnia Eveline Cosmetics Spa Professional - bardzo dobry, pięknie pachnący balsam, który szybko się wchłania i dobrze nawilża skórę. Więcej o nim tutaj.

11. Nivea Sensitive płyn micelarny 3 w 1 - jako wielbicielka płynów micelarnych zużywam ich niezliczone ilości. Kosmetyk Nivea dobrze się u mnie sprawdził, nie rozmazywał makijażu, tylko dobrze go zbierał. Skóra była oczyszczona i ukojona.

12. Rewitalizujący koktail do ciała z żurawiną i granatem Apis Natural Cosmetics - mam słabość do marki, nie będę tego ukrywać. Jeszcze nie zdarzyło się, żebym się zawiodła na którymś z kosmetyków i tak było i tym razem. Koktail ma lekką konsystencję, pięknie pachnie i odżywia, oraz nawilża skórę.


13. Szampon Timotei strenght & shine - ze względu na swoją małą pojemność jest to idealny kosmetyk na wyjazd, zmieści się w każdej kosmetyczce. Ma piękny, orzeźwiający zapach, a włosy po umyciu są sypkie i lśniące.

14. Szampon do włosów farbowanych z olejem z pestek z winogron, oraz z ekstraktem z porzeczki czerwonej Nature Moi - świetna propozycja dla osób, które uwielbiają naturalną pielęgnację. Znajduje się w nim bowiem 96% składników pochodzenia naturalnego. Więcej o nim tutaj.

15. Farba do włosów orzechowy brąz Joanna - lubię te farby, bo nie są skomplikowane w użyciu i na dodatek są tanie. Kolor utrzymuje się przez ok 1,5 - 2 miesięcy.

16. Suchy szampon Syoss wersja niebieska - na co dzień nie używam tego typu produktów, ale sprawdzał się on w awaryjnych sytuacjach. Szybko odświeżał włosy. Mam też wersje zieloną, ale nie jestem już z niej tak zadowolona - zostawia białe ślady. Niebieska seria tego nie robiła.


17. Lakier do paznokci Safarii nr 425 - piękny kolor, gruby pędzelek, świetne krycie. Wyrzucam, bo dość długo leżał i zrobił się gesty.

18. Sól do kąpieli mięta z lemongrasem Pszczela Dolinka - wspaniały dodatek do kąpieli, która dzięki temu kosmetykowi stawała się bardzo orzeźwiająca i pachnąca. Dodatek suszu kwiatowego sprawiał, że była to iście holywoodzka przyjemność, rodem z romantycznych filmów.

19 + 20. Krem na dzień z olejkiem z granatów ekologicznych i krem na noc z ekologicznym mleczkiem pszczelim Love me Green - bardzo dobre kremy, które w 99% są naturalne. Mimo, że były to miniaturki, to okazały się być wydajne i moja skóra je pokochała.

20. Ultranawilżający balsam kolagenowy do ciała - mój kosmetyczny hit! Działa jak opatrunek na suchą skórę. Więcej na jego temat znajdziecie tutaj.

21.SKIN79 hot pink super + beblesh balm triple functions - jeden z najsłynniejszych azjatyckich kremów BB spisał się u mnie na medal. Więcej o nim tutaj.

22. Multi balsam do pielęgnacji ciała AA oil essence - 40ml miniaturka, która świetnie sprawdziła się podczas wyjazdu. Przyjemnie pachnie i dobrze nawilża skórę.

23. Krem pod oczy argan oil Gly Skin Care - fantastyczny krem pod oczy, do którego muszę kiedyś wrócić. Bogata konsystencja i efekty działania przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Jak do tej pory nie znalazłam dobrego zastępcy. Więcej o nim tutaj.

24. Lakier do paznokci Delia - piękny pomarańczowy kolor, uwielbiałam go latem i namiętnie malowałam nim paznokcie. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy.

25. Płyn micelarny Oeparol - łagodny dla oczu i niezwykle skuteczny w usuwaniu makijażu. Więcej o nim tutaj.

Obojętne.


Do tej kategorii należą kosmetyki, za którymi niespecjalnie będę tęskniła. Obojętne to również wszystkie próbki i saszetki, o których przez ich niewielką ilość nie zdążyłam wyrobić sobie zdania.


26. Maska krem z ogórka tajskiego do twarzy na noc - ciekawa żelowa konsystencja produktu, była dla mnie na początku miłą odmianą. Jednak żel oblepiał twarz i zostawiał taką samą nieprzyjemną warstwę. Bardzo mnie to denerwowało i nie zużyłam go do końca.

27. Fluid długotrwale kryjący 5 w 1 Deni Carte - dobrze kryje, ale to co mnie w nim denerwowało, to nadmierne świecenie twarzy. Więcej o nim tutaj.

28. Ziaja antybzzz żel łagodzący ukąszenia komarów - w te lato z racji tego, ze od rana do późnego wieczoru byłam w pracy (sezon), nie był mi on potrzebny. Smarowałam nim ukąszenia córeczki i łagodził nieco swędzenie.

29. Oriflame Feet up anti-perspirant - krem z antyperspirantem, to niezły gadżet dla tych, którzy zmagają się z nadmierną potliwością stóp. Mnie ten problem nie dotyczy, dlatego nie potrafię go właściwie ocenić.

30. Lakier do paznokci LM - dostałam go w gratisie do jakiś wakacyjnych zakupów. Duża 18ml pojemność sprawiła, że nie byłam w stanie go zużyć do końca. Zgęstniał, a szkoda, bo kolor mi się podobał.

31 + 32 lakiery Carla Cosmetics nr 165 (błękitny) i 184 (chabrowy) razem tworzyły zgrany duet, problem polegał na tym, że wolno wysychały i szybko się ścierały. Ze względu na kolor jestem na tak, ale trwałość skreśla te lakiery na zawsze z listy zakupów.

33. Miss sporty mini-me eye liner 100 neon yellow - lubiłam tą kredką podkreślać dolną powiekę latem, wyrzucam ze względu na termin ważności, który minął miesiąc temu.

34. Intensywny wypełniacz zmarszczek Dermo Future - bankietowy produkt, który nieco spłycał doraźnie zmarszczki. Więcej o nim tutaj.

35. Woda perfumowana Be-es Top Model - prezent od babci. Ładny stonowany zapach, który jednak dość szybko się ulatniał.



36. Farba do włosów Palette - Farba robi to, do czego została stworzona, jednak kolor wychodzi ciemniejszy niż na opakowaniu i jeszcze coś - okropnie śmierdzi.

37. Mleczko do demakijażu Rilastil daily care - nie jestem zwolenniczką mleczek, odnoszę wrażenie, że twarz jest niedoczyszczona po ich użyciu. Ten kosmetyk kosztuje akurat ok 100zł, ale stosowanie go tyłka nie urywa.

38. Henna treatment wax - intensywnie regenerująca odżywka do włosów z wyciągiem z henny. Na początku spisywała się u mnie dobrze, ale przy dłuższym stosowaniu zaczęła obciążać mi włosy. Ogromne opakowanie 530ml  zużywałam bardzo powoli i najwidoczniej moje włosy miały jej już dość.

39. Orzechowo - cukrowy peeling do ciała Spa Professional - uwielbiam cukrowe peelingi, w tym denerwowało mnie tylko to, ze skóra po jego użyciu była tłusta i skład mógłby by być lepszy. Poza tym spisywał się wspaniale, a oryginalny słoiczek przydaje mi się teraz w kuchni. Więcej o nim tutaj.


40. Garść próbek, saszetek, maseczek - jedne lepsze, inne gorsze, ale oprócz ulubionych płatków kosmetycznych Carea i zapasu do mydła, trudno powiedzieć o nich coś więcej.

Odradzane

Można powiedzieć, że najgorsze zostawiłam na koniec. Odradzane kosmetyki, to te które na 100% ponownie nie trafią do mojej kosmetyczki.


41. Balsam brzoskwiniowy do dłoni BingoSpa - ładnie pachniał, mimo, że można było wyczuć nutkę chemii, miał praktyczne opakowanie, ale słabo nawilżał i to jeszcze na krótko. Więcej tutaj.

42. Nawilżający krem do rąk z D- panthenolem Ziaja - coś okropnego, nie dość, że rzadki, to jeszcze kompletnie nic nie robił. Grr..

43. Ducray extra doux - szampon dermatologiczny do częstego stosowania - bardzo ładnie pachniał, dobrze się pienił, ale okropnie swędziła mnie po nim głowa.

44. Włoski wysuszacz do lakieru MB nail lab - wszystko było by z nim ok, bo przyspieszał wysychanie lakieru, ale miał jedną okropną wadę - wysuszał dodatkowo skórki i to jak - do białości.

45. Silikonowa mascara pogrubiająca Deni Carte - tragedia -> kruszy się , odciska i nawet w ciągu dnia tworzy niezłą pandę pod oczami. Zdecydowanie odradzam. Więcej -> tutaj.

46. Oriflame beauty eye liner stylo - idealny przykład na to, że czerń nie jest czarna, a raczej grafitowa. Nie tego oczekiwałam, zatem zapadł wyrok - kosz.

Tak się prezentuje pierwsza część denka. Teraz już chyba wiecie dlaczego nie chciałam umieszczać wszystkiego w jednym wpisie. Jest tego po prostu za dużo.

........................................

Wyniki konkursu.
Z przyjemnością informuję, ze zestaw perfekcyjnej Pani Domu zdobywa Angelika Dyrcz. Gratuluję i proszę o kontakt przez facebook. Na dane adresowe czekam do 2 stycznia.

Czytaj dalej »

14 grudnia 2016

Pierwsze kroki z hybrydami - szkolenie z Indigo Nails

Nigdy nie sądziłam, że będę miała na paznokciach hybrydy i nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę potrafiła je sama robić. Zawsze byłam oporna co do tego pomysłu, nawet kiedy stały się one tak popularne. Być może głównym powodem ku temu był fakt, że zgromadziłam całkiem niezłą kolekcję zwykłych lakierów i hybrydy, jako nowy wynalazek uważałam za zbyteczny, a może był to strach przed nowym? Myślę, że obie opcje sprawiły, że ich unikałam. Wszystko się zmieniło dzięki Indigo Nails, które rozkochało mnie w hybrydach i dziś nie wyobrażam sobie bez nich życia.


Jak to się zaczęło?

Jak każda historia i ta ma swój początek. Wszystko zaczęło się od konferencji Meet Beauty, w której miałam przyjemność uczestniczyć. Marka Indigo Nails ogłosiła konkurs na najlepsze insta photo. Razem z koleżankami chętnie wzięłyśmy w nim udział.  Miałyśmy pomysł, ale żadna z nas nie spodziewała się cudów. Mimo to w momencie ogłoszenia wyników serducho szybciej zabiło, a później była już tylko radość.


Wygrałyśmy dwudniowe szkolenie z multimistrzynią Polski Pauliną Walaszczyk. Po fali euforii przyszły obawy. Uwielbiam podróżować, odkrywać nowe miejsca, ale orientacja w terenie nigdy nie była moją dobrą stroną. Okazało się, że dobry plan to połowa sukcesu, a Angelika, z którą podróżowałam jest świetną przewodniczką.


Szkolenie dzień pierwszy - manicure hybrydowy.

Mimo, że w Łodzi - ze względu na dużą odległość -byłyśmy dzień wcześniej, to nie mogłyśmy się doczekać, aby poznać cały indigo team. Dziewczyny okazały się cudowne - do tańca i do różańca- i mimo początkowych obaw, czas który tam spędziłyśmy był najlepszy w moim życiu.

Przed pierwszym dniem szkolenia przesympatyczna Dominika przyjechała po nas do hotelu i zawiozła do głównej siedziby Indigo Nails. Już w progu przywitała nas Agnieszka i Paulina - nasza mistrzyni od spraw paznokciowych, z którą miałyśmy się szkolić.


Wchodząc do środka poczułam się jak w raju. Półki uginały się od lakierów do paznokci różnej maści, zaraz za nimi balsamy, masełka, oliwki i inne cuda, które po części mogłam wcześniej poznać, dzięki Meet Beauty. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że praca w takim miejscu to musi być czysta przyjemność. Po dwóch dniach tam spędzonych, byłam już pewna, że taki team to prawdziwy skarb.


Manicure hybrydowy czas start.

Zdecydowanie za dużo czasu spędziłyśmy na robieniu zdjęć wszystkim i wszystkiemu wokół. No cóż - witaj w świecie blogerki. To jest już zboczenie zawodowe. Siadłyśmy w końcu do bogato - sprzętem i lakierami - nakrytego stołu i przystąpiłyśmy do szkolenia.


Na samym początku Paulina (której chyba nigdy uśmiech nie schodzi z twarzy) przybliżyła nam krótko budowę paznokcia, a następnie opowiedziała nam o całym tym sprzęcie, które miałyśmy przed oczami.


Może wydać się to Wam śmieszne, ale jeszcze parę miesięcy temu, kiedy ktoś położyłby przede mną cztery takie pilniki, które widzicie poniżej, to po dotyku, wybrałabym tylko ten, który nadawałby się do spiłowania paznokci. W tej chwili bez tego oktetu nie wyobrażam sobie manicure.


Nasza edukatorka - przekochana Paulina krok po kroku wyjaśniała nam jakie czynności powinnyśmy wykonać, aby hybrydy się długo trzymały. Samo malowanie to była już pestka w porównaniu z odpowiednim przygotowaniem płytki. Nie wiedziałam, że tyle z tym zachodu. Każda z nas pracowała samodzielnie, na własnych paznokciach, aby poćwiczyć i zobaczyć na co zwrócić uwagę. Tutaj liczy się przede wszystkim dokładność.


Przedłużanie paznokci.

Choć każda z nas się starała, by utrzymać paznokcie w jak najlepszym stanie, to chyba nie było dziewczyny, której nie zdarzył się "wypadek" w postaci złamanej płytki. Była to idealna okazja, aby nauczyć się ją przedłużać. Wkroczyłyśmy wyższy stopień trudności, ale dzięki wskazówkom Pauliny wszytko poszło jak po maśle. Zresztą zobaczcie same moje paznokcie przed i po samodzielnym przedłużaniu. Ależ byłam z siebie dumna.



Ćwiczenia na klientce.

Ostatnią częścią pierwszego dnia szkolenia były ćwiczenia na klientce, czyli na paznokciach koleżanki siedzącej obok. Malowałyśmy sobie na zmianę paznokcie prawej ręki. Dzięki temu mogłyśmy przekonać się jak wygląda praca w salonie. To było bardzo cenne doświadczenie.

Duma, duma, duma.

Wybór lakierów do mojej paznokciowej stylizacji był trudny. Na stole było dziesiątki kolorów, a ja jako kobieta nie potrafiłam od razu się zdecydować. Musiałam popatrzeć, posprawdzać, pomyśleć jakie kolory fajnie by ze sobą współgrały. Ostatecznie mój wybór padł na przepiękne neony, a że Paulina pokazała nam jak się robi ombre i nakłada syrenkę, to od razu wykorzystałam tą wiedzę.


Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Moje paznokcie (nieskromnie mówiąc) wyglądały cudnie. Nie mogłam uwierzyć, że sama to zrobiłam, tym bardziej, że było to moje pierwsze zetknięcie z hybrydami. Duma, duma, duma wielka. Kiedy wróciłam do pracy wszyscy je chwalili moje, pytali, gdzie je robiłam - a tu niespodzianka, bo malowałam je samodzielnie. Klientki robiły zdjęcia, to było bardzo miłe.

Hybrydy trzymały mi się bite trzy tygodnie i pewnie wytrzymały by dłużej, gdyby nie odrost, który zaczął mi przeszkadzać.


Szkolenie dzień drugi - zdobienie.

Drugiego dnia naszej niezwykłej przygody w siedzibie Indigo Nails w Łodzi poznawałyśmy tajniki zdobienia paznokci. Paulina nauczyła nas różnych technik wykonywania ombre - pionowe, poziome, na ciemnych kolorach... Z syrenką poznałyśmy się już dzień wcześniej, ale każda chwila do ćwiczeń jest dobra. Z uwagą śledziłyśmy poczynania naszej instruktorki. Robiłyśmy notatki, zdjęcia i wszytko co mogło by nam pomóc w zapamiętaniu danej techniki.


Pracowałyśmy używając różnego rodzaju folii, złotka i pyłków, ale najwięcej zachodu miałyśmy ze stworzeniem własnej galaktyki. Biorąc pod uwagę, że był to nas pierwszy raz, to zmalowanie galaxy było bardzo pracochłonne. Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że umiem to zrobić.

Swoje umiejętności ćwiczyłyśmy na wzornikach. To właśnie na nich mogłyśmy dać upust naszej fantazji i wyżyć się artystycznie. Mogłyśmy zachować je sobie na pamiątkę i dzięki temu jestem w stanie pokazać Wam jak wyglądała moja praca.


Czas leciał zdecydowanie za szybko i każda z nas musiała wracać do domu. Z żalem żegnałyśmy się z całym teamem Indigo Nails. Atmosfera była tak miła, że czułam się tam jak u siebie. Nigdy nie zapomnę roześmianej Pauliny, szalonej Agnieszki i cudownej Dominiki - dziewczyny do Was to i na koniec świata przyjadę. Mam nadzieję, ze jeszcze się spotkamy.


Po uroczystym ( z fanfarami! ) wręczeniu dyplomów potwierdzających nasze kwalifikację, oraz upominków od firmy, zrobiłam jeszcze drobne zakupy. Żal było nie skorzystać.

Podczas wyjazdu do Łodzi zdarzył się cud - pokochałam hybrydy. Nie chciałam wyjeżdżać, miałam ochotę zostać i poznawać coraz to nowe techniki. Niesamowicie mnie to wciągnęło. Takiego wyjazdu, spędzonego z tak cudownymi ludźmi życzę każdemu.
Czytaj dalej »

8 grudnia 2016

Yves Rocher po raz pierwszy

Pamiętam ten dzień kiedy pierwszy raz weszłam do sklepu Yves Rocher. Był taki mały, niepozorny, ale przyciągnął moją uwagę swego rodzaju klasą. Trochę jak w aptece, trochę jak w drogerii. Czysto, niemalże sterylnie. Wszystko pięknie uporządkowane i rozmieszczone tematycznie, a Panie z obsługi niespotykanie miłe i pomocne, aż chciało się tam zrobić zakupy, co z przyjemnością  uczyniłam. Nawilżający płyn micelarny hydra vegetal był jednym z kosmetyków, który zwrócił moją uwagę.


Lazurowe morze.

Płyn micelarny hydra vegetal ma pojemność 200ml. "Uśmiechał" się do mnie na sklepowej półce, mimo, że złotem i brokatem zdobiony nie jest. Opakowanie zwyczajne, wykonane z przezroczystego plastiku z domieszką koloru. Zupełnie jak lazurowe morze - to było moje pierwsze skojarzenie związane z barwą dominującą. Podłużne, walcowate opakowanie jest wygodne. Bez problemu można zacisnąć na nim całą dłoń. Nie ma opcji, żeby z niej wypadło i co najgorsze wylało się. Zamknięcie typu klik jest mocne i nie wyrabia się mimo codziennego używania.


Obietnice producenta.

Nie od dziś wiadomo, że producent chcąc przyciągnąć rzeszę klientów obiecuje wiele. Czasem się to sprawdza, innym razem nie. To jak gra w rosyjską ruletkę - albo trafisz dobrze, albo będziesz cierpieć katusze z powodu nietolerancji, bądź nadwrażliwości na jeden ze składników. Według producenta przedstawiany przeze mnie płyn micelarny ma być delikatny i świeży. Mało tego - jednym ruchem ma on perfekcyjnie usunąć makijaż i zanieczyszczenia, a także nawilżyć cerę. Brzmi fajnie, prawda?


Świeżość przede wszystkim.

O moim uwielbieniu do świeżych zapachów mogliście nie raz już tutaj przeczytać. Wspominam o tym w tym miejscu, dlatego, że producent nie pomylił się w tej kwestii. Zapach idealnie pasuje do mojego gustu - jest wyraźny, a zarazem subtelny i świeży jak rosa o poranku. 

Z aplikacją nie ma żadnych problemów. Mały otwór pozwala na bezproblemowe używanie kosmetyku, bez możliwości niekontrolowanego rozlania. I w tym miejscu plusy się kończą.


Delikatny?


Czy płyn micelarny hydra vegetal jest delikatny? Hm.. i tak i nie. Już tłumaczę dlaczego. Kosmetyk ten nie rozmazuje makijażu, wszystko, czego chcemy się pozbyć z twarzy zostaje na waciku. Problem polega na tym, że mimo starań sporo zanieczyszczeń zostaje na twarzy. Widzę to myjąc twarz silikonową szczoteczką z dodatkiem żelu. Niestety zostają na niej jeszcze resztki podkładu, co dla mnie dyskwalifikuje ten produkt do miana hitów mojej kosmetyczki. Mało tego płyn ten jest dość oporny w użyciu, tempo sunie po twarzy, a przy demakijażu oczu powoduje on nieprzyjemne uczucie - delikatne mrowienie, szczypanie. Nie jest on dla mnie ani delikatny (chyba, że słowo to przypiszemy delikatnemu / niedokładnemu usuwaniu zanieczyszczeń), ani wydajny - trzeba zużyć sporo płatków kosmetycznych, a mimo to oczyszczanie twarzy jest niedokładne. Trudno jest mi powiedzieć czy hydra vegetal nawilża. To fakt - nie powoduje uczucia ściągnięcia, czy wysuszenia, ale nie czułam, by moja cera była ukojona, raczej niedomyta.


Moje pierwsze spotkanie z kosmetykiem marki Yves Rocher nie było udane. Spodziewałam się cudów, a tych się nie doszukałam. Na pewno nie zdecyduję się na ponowny zakup tego płynu micelarnego. Mam tylko nadzieję, że inne zakupione przeze mnie kosmetyki wypadną lepiej.

Cena 26,90 zł

.............................................................................................

Wyniki konkursu.

Zestaw moich wieczornych umilaczy, na który składa się książka wraz z zestawem podgrzewaczy zdobywa Wiola Zielińska. Serdecznie gratuluję. Proszę o kontakt i dane adresowe poprzez wiadomość na facebooku. Czekam do czwartku 15.12

To nie koniec niespodzianek. Przygotowałam dla Was zestaw idealny dla każdej Pani Domu. Szczegóły akcji poznacie w weekend. Serdecznie zapraszam do odwiedzania mnie w moim wirtualnym zakątku.



Czytaj dalej »

30 listopada 2016

Peeling do ciała rąk i stóp w jednym? Ze Spa Vintage Body Oil to możliwe.

Nigdy nie byłam przekonana do kosmetyków, które z założenia są do wszystkiego. W myśl porzekadła, że jak coś jest do wszystkiego , jest do niczego, zwyczajnie się ich bałam. Parę razy przeżyłam zawód i odpuściłam sobie inwestowanie w tego typu produkty. Jednak coś mnie pokusiło (zapewne braki w kosmetyczce) i postanowiłam dać szansę marce Spa Vintage Body Oil i ich dwufazowemu peelingowi, który ma być doskonały zarówno do rąk, stóp jak i całego ciała. 


Opakowanie ma znaczenie.

Jestem sroką. Od dziecka podobały mi się rzeczy, które pięknie się prezentują i zostało mi to już do dziś. To tak jak z potrawami  jemy najpierw oczami. Czy opakowanie ma znaczenie? Z jednej strony tak, bo oprócz efektów wizualnych, musi być poręczne i wygodne w użyciu, z drugiej strony najważniejsza jest jego zawartość. Dla mnie jednak musi być zachowana harmonia między tymi dwiema kwestiami. Produkt może być cudowny, ale co z tego skoro przy każdym jego użyciu dostaje szału, bo np wylewa się niekontrolowanie z opakowania? Zapewne nieraz się wam to zdarzyło, mnie również, dlatego opakowanie ma dla mnie znaczenie. Porządnie wykonane zaoszczędzi wielu nieprzyjemnych sytuacji i nerwów.

Czarna mamba wśród kosmetyków.

Dwufazowy peeling cukrowy jest zdecydowanie czarną mambą wśród kosmetyków, które można znaleźć w mojej łazience. Wystarczy na niego spojrzeć i wszystko staje się jasne. Czarne, plastikowe opakowanie nie jest nadzwyczajne, ale ma w sobie coś z klasyki. Złote listery i wytworna pani, która króluje na grafice dodają mu szczyptę elegancji. Niby zwyczajne, a jednak coś w sobie ma. Moja osobista czarna mamba.


Skład ma swoje plusy.

Choć na pierwszym miejscu znajduje się parafina, dalej silikony i olej mineralny, to mimo wszystko skład ma swoje plusy. Znajduje się w nim bowiem wiele cennych komponentów. Należą do nich nawilżający olej abisyjski, regenerujący ekstrakt z rumianku, wygładzający olej migdałowy i witamina E, która dostarcza składniki odżywcze w głąb naskórka. To właśnie te składniki są ogromnym plusem kosmetyku, który Wam prezentuję.

Jak diamenty.

Przed użyciem tego kosmetyku należy nim potrząsnąć, aby dobrze wymieszały się obie fazy. Kryształki drobno zmielonego cukry zatopionego w oleju wyglądają jak diamenty. Zapach kojarzy mi się z perfumami mojej babci - stateczny, wyrazisty,  dość ciężki. Nie powiem, żeby należał do moich ulubionych, ale nie przeszkadza mi on.


 Dłonie i stopy.

W pierwszej kolejności użyłam ten peeling na dłonie i stopy. Od razu wyczułam ostre kryształki cukru, które wydawały się być takie maleńkie, tak drobne, że myślałam, ze nie dadzą sobie rady. Przeżyłam miłe zaskoczenie, bo zarówno na dłonie, jak i stopy okazał się być on idealny. Cukier pod wpływem tarcia, a także wilgoci rąk (bo muszą być one wcześniej zamoczone) rozpływa się po paru chwilach. Jednak czas ten wystarczy, by doprowadzić skórę do idealnej gładkości. Dłonie i stopy stają się wygładzone, miękkie i miłe w dotyku. Jedyny, minusem jest to, że są bardzo natłuszczone i ociekają wręcz od olejku i parafiny. Warstwa ta nie wchłania się i trzeba umyć ponownie dłonie i stopy, bądź po prostu wytrzeć je porządnie w ręcznik.

Ciało.

Zachęcona efektami jakie odczuły moje dłonie i stopy, postanowiłam wypróbować skuteczność peelingu na swoim ciele. Tutaj obyło się bez zachwytu. Może jestem gruboskórna, ale pomijając okolice dekoltu kryształki cukru były dla mnie mało wyczuwalne. Mimo to efekty były takie same jak w powyższych przypadkach. Zapach tego kosmetyku długo zostaje na ciele i jest on przy tym intensywny. To, co mi ogromnie przeszkadzało, to fakt, że całe ciało pływało w olejku, który jak wspomniałam wyżej nie wchłania się, tylko maże i oblepia powierzchnię skóry. Nie wspomnę już o wannie, która po takiej kąpieli nadawała się tylko do porządnego mycia i to najlepiej płynem do naczyń, który rozpuści tłuszcz. Było to bardzo frustrujące.

Podsumowując.

Pomijając bohatera ostatniego postu, który okazał się lekiem na wszystkie moje bolączki, ten niestety nie okazał się być kosmetykiem wielofunkcyjnym. Świetnie radzi sobie ze złuszczaniem martwego naskórka z każdej partii ciała, ale polubiły go jedynie moje dłonie i stopy. Na ciele nie był on już tak wyczuwalny, a klejąca olejowa warstwa, która zostawała na całej powierzchni skóry, jak i wannie doprowadzała mnie do szału. Niemniej jednak skóra była wygładzona, miękka, sprężysta i pachnąca.

Cena  ok 13zł
Czytaj dalej »

28 listopada 2016

Alantan plus - wielozadaniowy kosmetyk z apteki

O tym, że tanie nie jest złe przekonałam się już wielokrotnie. Analogicznie drogie nie zawsze jest dobre. Myślę, że trzeba wyważyć w tym miejscu złoty środek, a przede wszystkim należy pamiętać, że to co dobrze działa u innych niekoniecznie musi być hitem u mnie. W końcu różnimy się od siebie, a nasza skóra nie ma obowiązku lubić wszystkiego co cera koleżanki. Metodą prób i błędów każdy znajdzie swój ideał.

Opowiem Wam dzisiaj o bardzo tanim kremie, który znajdziecie w każdej aptece. Kremie, który jest wielozadaniowy i świetnie sprawdza się o tej porze roku - alantan plus.


Mimo, że wizualnie nie przyprawi nikogo o szybsze bicie serca, alantan plus jest praktyczny. Znajduje się on  w metalowej tubce. Mnie osobiście kojarzy się z czasem dzieciństwa i klejem szkolnym, który zdaje się był dostępny tylko w takich opakowaniach. Koszmar z młodych lat nie powrócił, bo nie ma żadnych problemów z wydostaniem kremu na zewnątrz. Tubka znajduje się dodatkowo w kartoniku - podobnie jak jego metalowa zawartość zawiera wszystkie informacje, którymi producent chciał się z nami podzielić. W składzie znaleźć można m.in alantoinę, roztwór pantenolu, lanolinę, a także parafinę ciekłą, z którą nie każdy może się polubić.


Aby zacząć użytkować krem należy najpierw przebić membranę. W tym celu najłatwiejszym i przemyślanym sposobem jest posłużenie się koreczkiem. Alantan plus ma gęstą konsystencję. W tym momencie znowu przychodzi mi na myśl porównanie do kleju szkolnego. Mimo swojej struktury, krem ten łatwo się rozprowadza i szybko się wchłania. Jest bezzapachowy, co może być dużym plusem dla wrażliwców.


Po nałożeniu kosmetyk zostawia tępą warstwę. Wszystko to za sprawą parafiny. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż w okresie jesienno - zimowym świetnie spełnia swoje zadania ochronne.Używałam go zarówno do dłoni i stóp i tutaj spisał się dobrze - chroni, nawilża i koi spierzchniętą skórę. Dzięki obecności D-pantenolu gospodarka wodna skóry jest zrównoważona, a przez to skóra jest elastyczna. Krem kosztuje grosze - ok 6-7zł i dostępny jest w każdej aptece bez recepty.
Czytaj dalej »

22 listopada 2016

Kilka sposobów na selfie

Ekspertem nie jestem, mistrzynią fotografii też nie. No ba, nie mam nawet aparatu, ale uwielbiam uwieczniać chwile. Może jestem staroświecka, ale nic mnie nie cieszy jak rodzinne oglądanie zdjęć. Wracanie do kluczowych momentów w moim życiu - dzieciństwo tak słodkie i radosne, choć trudne w tamtych czasach, dorastanie, pierwsze miłości i ta jedyna, która nadal trwa.



Pierwsze zdjęcie z moją ukochaną córeczką zrobiłam sobie sama, zaledwie godzinę po porodzie. Dopiero wtedy po cesarce mogłam ją utulić, mimo,że od pasa w dół nadal nie miałam czucia. Była taka maleńka, tak krucha.. Kiedy zasnęła w moich ramionach odruchowo sięgnęłam po aparat i tak powstało nasze pierwsze zdjęcie - selfie jak kto woli. Moja córcia ma już 6 lat, a to ujęcie nadal należy do moich ulubionych. Wtedy mój telefon miał zaledwie 5mpx i trzeba było się napracować, by zrobić dobre ujęcie, ale tak mnie to urzekło, że do dzisiaj mimo, że mam już inny, nowszy model z lepszą rozdzielczością, to nadal wszystkie zdjęcia, które możecie oglądać w social mediach są robione telefonem. To od niego wszystko się zaczęło i mimo usilnych starań  w zainwestowanie w porządny aparat, tak już zostało. Może kiedyś... Eh warto mieć marzenia.

Nie mam nikogo kto by był chętny do robienia mi zdjęć zawsze wtedy kiedy mam na to ochotę, bądź kiedy tego potrzebuję robiąc kampanię na bloga. W związku z tym nauczyłam się radzić sobie sama w takich sytuacjach. Dziś zdradzę Wam kilka sposobów na zrobienie selfie.



 Selfie w lustrze - to chyba najbardziej popularny sposób uwieczniania swojej osoby. Na instagramie jest całe mnóstwo takich zdjęć. Piękne, wielkie lustra w dużych ozdobnych ramach, śliczne dziewczyny rodem z top model zalotnie uśmiechające się do aparatu. Można by powiedzieć, że jest to najłatwiejsza z technik - widzisz się w lustrze, możesz spokojnie robić zdjęcia tylnym aparatem i wuala - gotowe. Nie każdy ma jednak wielkie lustra, idealne tła, bo wierzcie mi ludzie zwracają uwagę nie tylko na Waszą twarz, ale również na to co się znajduje za Wami. Trzeba ustawić aparat tak, by nie zakryć swojej twarzy i aby na zdjęciu znajdowało się tylko to, co chcielibyście pokazać. Poniżej fotka z czasów, kiedy mój smartfon miał zawrotną ilość megapikseli - pięć. Po jakimś czasie, przedłużając umowę wymieniłam staruszka na inny model i jakość zdjęć uległa poprawie.



Selfie z ręki - to jest już wyższy level. Na pewno każdy, kto próbował zrobić je korzystając tylko i wyłącznie z tylnego aparatu wie o czym mówię. Szalenie trudno jest wycelować zarówno w siebie, jak i w migawkę. Powstaje przy tym milion zdjęć, a do publikacji nadaje się zaledwie kilka.



Selfie za pomocą przedniego aparatu - jakością nie powala, bo aparat, który znajduje się nad wyświetlaczem telefonu ma malutko megapikseli i ja rzadko z niego korzystam. Ogromnym plusem jest to, że jesteśmy panami sytuacji  wszystko widzimy na ekranie telefonu.



 Selfie stick - to nic innego jak teleskopowy kijek z łapką na telefon, który za pomocą kabelka łączymy z telefonem. Całość jest kompatybilna. Za pomocą przycisku znajdującego się u dołu rączki można robić zdjęcia z większej odległości. Mam całe mnóstwo tego typu zdjęć, ale grupowych. Jeśli chodzi o zdjęcia tylko i wyłącznie mojej osoby, to korzystam z tego gadżetu, zazwyczaj kiedy potrzebuję fotki, wiedząc, że jedną z rąk będę miała zajętą, tak jak widać to poniżej.



Wszystkie zdjęcia, które widzicie na blogu robię telefonem. Zawsze kiedy planuję kupić sobie aparat, to moje życie wywraca się do góry nogami. W tym roku była to operacja męża i wszystkie badania, mój wypadek.. Moje małe marzenie cały czas oddala się w czasie, ale szczęściu podobno trzeba czasem pomóc, dlatego ja postanowiłam o nie zawalczyć, biorąc udział w konkursie, organizowanym przez zBLOGowani. Jestem pewna, że z prawdziwym aparatem jakość moich zdjęć, a tym samym bloga bardzo by wzrosła. Podobno nawet te najskrytsze marzenia się spełniają, tylko trzeba w to wierzyć...

zBLOGowani.pl

Czytaj dalej »

13 listopada 2016

Daj się uwieść zapachowi - azjatycki lotos

Ostatnio moim ulubionym kwiatem jest azjatycki lotos. Swoim zamiłowaniem zaraziłam już mamę i wszystkich odwiedzających mnie przyjaciół. Wszystko to za sprawą marki Lirene, która niedawno wypuściła na rynek serię pachnących kosmetyków. Nie da się koło nich przejść obojętnie. Zapach porywa, a jak się później okazało w praktyce perłowy żel pod prysznic - bo on jest dzisiejszym bohaterem - ma też więcej zalet, o których chętnie wam dziś opowiem.


Kosmetyk zamknięty jest w poręcznej, plastikowej tubie. Grafika zachowana w pastelowych kolorach jest bardzo przyjemna dla oka. Zdecydowanie wyróżnia się w łazience i przyciąga uwagę na sklepowych półkach. Zamknięcie typu klik jest dobrym rozwiązaniem. Nie jest ono awaryjne. Od początku do końca żywotności żelu, ani razu się na nim nie zawiodłam. Zamknięcie z czasem się nie wyrabia, jest szczelne przez cały czas.


Perłowy żel pod prysznic jak sama nazwa na to wskazuje ma perłowy kolor. Perły są jednym z moich ulubionych kamieni, dlatego, że zawsze wyglądają elegancko. W kosmetykach nie przywiązuje do tego takiej uwagi, choć przyznam, że takie urozmaicenie jest miłe dla oka. Konsystencja jest treściwa, jak na tego typu produkt - żel jest gęsty. Nie przelewa się przez palce, możemy sobie precyzyjnie dawkować tą kosmetyczną przyjemność.


Nie mam prysznica, jedynie wannę i muszę przyznać, że jestem zachwycona. Pierwsze co uderza po otwarciu żelu to jego zapach. Piękny, słodki, zmysłowy. Woń jest świeża, kwiatowa i utrzymuję się jeszcze chwilę na skórze po skończonej kąpieli. Kosmetyk, nawet przy użyciu jego niewielkiej ilości bardzo dobrze się pieni. Świetnie spełnia swoją funkcję - skóra jest czysta, odświeżona i pachnąca. Ważnym dla mnie aspektem jest fakt, że nie przesusza on skóry, jednak nie zauważyłam większego nawilżenia. Po kąpieli zawsze i tak używam kosmetyku pielęgnacyjnego.

Cena 9,90zł jest ceną przystępną, a sam żel warto wypróbować.


Żel marki Lirene na dobre zagościł zarówno w mojej, jak i w łazienkach moich bliskich. Zapach wodzi na pokuszenie, a po jego powąchaniu ma się ochotę poznać go bliżej.


Czytaj dalej »