Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty

4 grudnia 2017

Zrób sobie SPA. Bourjois radiance - boosting. Rozświetlający peeling do twarzy

My kobiety żyjemy w ciągłym pędzie. Pracujemy, wychowujemy dzieci, jesteśmy żonami, mamami, bizneswoman. Pełnimy wiele funkcji. Może to niesmacznie zabrzmi, ale śmiało możemy się porównać do urządzenia wielofunkcyjnego. Taaaak na brak pracy czy nudę nie można narzekać, może jedynie na codzienność, monotonność? W każdym razie mamy ręce pełne roboty. Od wczesnych godzin rannych do późnego wieczora działamy jak robociki, na pełnych obrotach, ale kiedy nadchodzi weekend warto znaleźć czas dla siebie, choć jedną małą godzinę, w której liczyć się będziemy tylko my i nikt więcej. Jak spędzić tą wyskubaną w tygodniu chwilę dla siebie? Zrób sobie SPA. Chwile relaksu są tak rzadkie, że trzeba chwytać je pełnymi garściami. Zaproponuję Ci dziś jeden produkt, dzięki któremu Twoja cera odzyska blask po całym tygodniu przeróżnych zmagań - rozświetlający peeling do twarzy marki Bourjois.

Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to cera jest odzwierciedleniem intensywności naszego życia. Warto o nią zadbać, by zachować zdrowy wygląd na dłużej. Aby uniknąć różnych przykrych dolegliwości takich jak poszarzała cera, worki pod oczami, niedoskonałości cery, warto przynajmniej raz w tygodniu zastosować peeling. Dzięki galerii internetowej oladi.pl, skupiającej tysiące sklepów znalazłam idealny dla mnie produkt.


Z peelingami do twarzy mam tak, że ciężko jest mnie w kwestii produktów zadowolić. Wybredna ze mnie bestia i lubię przebierać w ofertach. Na oladi.pl miałam możliwość przejrzenia asortymentu wielu sklepów. Znalazłam tam sporo świetnych propozycji, ale ostatecznie zdecydowałam się na rozświetlający peeling do twarzy marki Bourjois. Aktywny link szybko odesłał mnie do sklepu, w którym mogłam zrobić zakupy, a do tego jak wiecie nie trzeba mnie namawiać.

Dlaczego wybrałam akurat tą markę? To proste! Dotychczas znałam ją tylko z produktów do makijażu i z czystej ciekawości chciałam sprawdzić jak będzie się sprawował kosmetyk służący do pielęgnacji. Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, w moim przypadku jest to pierwszy stopień do wiedzy i nowych doświadczeń.

Peeling otrzymujemy w opakowaniu typu tuba z zamknięciem na klik. Wykonane jest ono z przezroczystego tworzywa, pod którym widać jego zawartość. Lubię kiedy opakowanie jest transparentne, bo nie muszę nerwowo sprawdzać pod światło stanu zużycia kosmetyku. Wszystko widać jak na dłoni. Pojemność 75 ml jest wystarczająca. Gdyby była większa, to podejrzewam, że by mnie ona przytłaczała. Po pierwszym otwarciu kosmetyk długo jest zdatny do użytku, bo aż 18 miesięcy. Przez ten czas nawet największy pielęgnacyjny leniuch jest w stanie go zużyć.


Rozświetlający peeling do twarzy marki Bourjois wzbogacony jest o miąższ pomarańczy, ale zarówno kolorem, jak i zapachem bliższy jest mi on do brzoskwini. Ma on kremową konsystencję. Zatopione w niej drobinki są maleńkie i rzadko osadzone.


Po umyciu twarzy, na zwilżoną skórę nakładałam ten kosmetyk i kolistymi ruchami masowałam twarz. Drobinki są bardzo delikatne, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że mało wyczuwalne. Są one rzadko osadzone i zapewne w tym tkwi problem. A może to ja jestem taka gruboskórna? Myślałam, że radiance - boosting się u mnie nie spisze, ale dopiero po zmyciu twarzy i jej osuszeniu zauważyłam jakie efekty daję.


Cera nabrała zdrowego blasku, stała się aksamitnie gładka i miękka w dotyku. Pory zostały oczyszczone, a twarz zmatowiona. Peeling rzeczywiście rozświetla skórę (nie mylić z pojęciem wybiela), stała się ona promienna i wypoczęta. Produkt ten nie wysusza skóry, oraz nie powoduję jej ściągnięcia, na upartego nie trzeba by było nakładać kremów, olejków czy maseczek. Mało tego jego kremowa konsystencja sprawia, że moja skóra jest nawilżona i o jednolitym kolorycie. Niska cena (ok 15zł ) i wysoka jakość, to połączenie, które lubię najbardziej. Gorąco polecam!

Ps Jeśli szukacie inspiracji zakupowych, to odwiedźcie oladi.pl - w jednym miejscu tysiące sklepów. Raj dla prawdziwej zakupoholiczki.

1 grudnia 2017

Oczyszczanie i pielęgnacja twarzy - poczuj się w-SPA-niale - Maska algowa peeling Dermuss

Weekend to czas, kiedy diametralnie zmienia się moja pielęgnacja. Sięgam wówczas po peelingi, maseczki i olejki, aby odświeżyć cerę, dać jej odpocząć i oczyścić ją dogłębnie po tygodniu zmagań, życiu w ciągłym pędzie i stresie, który jest nieodzowną częścią naszej egzystencji. Sobota to chwila dla mnie i mocno pilnuję moich kosmetycznych rytuałów. W związku z tym pokażę Wam dzisiaj produkt, który ostatnio na dobre zagościł w mojej łazience, a jest nim maska algowa peeling marki Dermuss.

Opakowanie:
Duży, bo aż 650ml plastikowy słoiczek, z odkręcaną srebrną nakrętką.


Opis producenta:
"Maska typu „peel off” w postaci peelingu enzymatycznego jest przeznaczona do każdego rodzaju skóry. Połączenie owoców papai i ananasa doskonale złuszcza martwe komórki naskórka. To wszystko dzięki zawartym w owocach enzymom, które działają jak delikatne eksfolianty. Skóra jest nawilżona, gładka i odzyskuje swój naturalny blask. Maska stanowi doskonałe uzupełnienie pielęgnacji domowej oraz zakończenie profesjonalnego zabiegu kosmetycznego."

Skład:
Kaolin, Diatomaceous Earth, Bentonite,Titanum Dioxide, Maltodextrin, AnanasSativus (Pineapple) Fruit Extract, Carica Papaya (Papaya) Fruit Extract
  • alginat z alg - 100% ekstrakt z alg brunatnych, bogaty w witaminy, aminokwasy, mikroelementy; głęboko nawilża i regeneruję skórę,
  • naturalny ekstrakt z ananasa - zawiera enzym papaina i bromelaina, które skutecznie usuwają martwe komórki naskórka,
  • naturalny ekstrakt z papai - zawiera enzymy papaina i bromelaina, które skutecznie usuwają martwe komórki naskórka.


Moja opinia:

Opakowanie mojej peelingującej maski algowej jest wielkie i podejrzewam,że wystarczy mi na jakieś 4 miesiące regularnego, cotygodniowego stosowania. Obecnie używam go już od przeszło dwóch miesięcy i właśnie sięgnęłam połowy opakowania. Produkt ten można jednak nabyć w dwóch mniejszych wersjach - 250g i 30g. Jest to świetna opcja dla tych, którzy nie lubią się przywiązywać do kosmetyków i często je zmieniają.


Maska algowa peeling jest świetnie zabezpieczona w swoim dużym opakowaniu. Wieczko, jeśli jest dobrze zakręcone nie ma prawa samo się otworzyć. Wierzch słoiczka pokryty jest dodatkowo złotkiem, które zrywamy przed pierwszym użyciem.

Maska algowa peeling jest w postaci białego proszku. Wygląda zupełnie jak mąka pszenna, czy znane nam wszystkim glinki. Jest bezwonna i aksamitna w dotyku.


Do całego zestawu dołączona jest miarka, bez której nie wyobrażam sobie odpowiedniego odmierzenia produktu. Oczywiście jakby jej nie było, to jakoś trzeba by było sobie radzić, ale nie ukrywam, że pomysł z miarką jest bardzo przemyślany i wygodny dla użytkownika.

Aby stworzyć mieszankę potrzebujemy plastikową miseczkę, pędzelek i wodę. Proszek należy zmieszać z wodą w stosunku 1:1 (jedna miarka proszku i jedna miarka wody). Następnie energicznie mieszamy, aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Po tym czasie od razu należy nakładać maskę na twarz i cieszyć się jej obecnością przez 15-20 minut. Ostatnim krokiem jest zmycie maseczki letnią wodą.


Przyznam się szczerze, że nie do końca trzymałam się tych proporcji. Zauważyłam bowiem, że tworząc mieszankę w stosunku 1:1 jest ona na tyle rzadka,że podczas nakładania miała tendencję do chlapania na ciało, ubrania i meble. Zwyczajnie spływała z pędzelka. Dodawałam więc trochę mniejszą ilość wody od tej, którą zalecił producent i wszystko było już dobrze.

Przez te 15-20 minut, które należy trzymać maskę na twarzy, mieszanka na niej wysychała i pojawiało się delikatne uczucie ściągnięcia. Czasami spryskiwałam twarz mgiełką z ekologiczną wodą z gałązek oliwnych i ekstraktem z oliwek marki Apis. Mgiełkę tę czasem wykorzystywałam zamiast wody przy sporządzaniu mieszanki.


Po upływie wyznaczonego czasu zmywałam mieszankę letnią wodą. Była wówczas już wyschnięta i popękana. Efekt, który uzyskałam spełnił moje najśmielsze oczekiwania. Twarz była miękka i aksamitna w dotyku jak pupka niemowlaka. Pory idealnie oczyszczone i zwężone, cera rozjaśniona, zmatowiona i pełna zdrowego blasku. Po tym zabiegu cera jest odprężona i promieniejąca. Nie pojawia się już uczucie ściągnięcia, czy wysuszenia, wszystko jest w jak najlepszym porządku.Tak naprawdę na tym etapie pielęgnacja mogłaby się zakończyć, bo skóra twarzy nie krzyczy o więcej. Nałożenie kremu czy olejku na noc jest więc naszym chciejstwem, nie koniecznością.

Maska algowa peeling marki Dermuss zalecana jest dla każdego rodzaju cery i można ją nabyć za ok 50 zł za 650 ml. W tym przypadku cena i jakość idą w parze i warto zafundować naszej cerze takie wSPAniałe dopieszczenie jakie funduje nam maska algowa peeling marki Dermuss.

17 sierpnia 2017

Selfie project - kosmetyki matujące

Selfie project to nowa marka kosmetyków, które od niedawna można nabyć w Rossmannie. Szturmem podbiła ona polską blogosferę. Dedykowana jest ona osobom młodym i choć ja już pierwszej młodości nie jestem postanowiłam je wypróbować. Powód był jeden - obietnica producenta o zmniejszeniu błyszczenia się twarzy. Do tej pory nie znalazłam ideału, a nikt nie lubi świecić się przez cały rok jak choinka we wigilię. Oj tak, mieszana cera potrafi dać się we znaki. Od ponad miesiąca używam lekkiego kremu nawilżająco matującego i żelu myjącego 3w1. Czy ta kuracja faktycznie działa? A może producent idealizuje produkt w celu zwiększenia sprzedaży? Odkrywam dla Was karty.



Lekki krem matująco nawilżający.Uwielbiam lekkie kremy, a jak dobrze nawilżają i do tego matują stają się one moim must have. W tubce kremu Selfie project mieści się 50ml kosmetyku, co stanowi standardową objętość kremu do twarzy. Patrząc na opakowanie miałam wrażenie, że jest go nieco więcej, jednak było to mylne spostrzeżenie. Producent zadbał o odpowiednie zabezpieczenia przed wścibskimi paluszkami młodych klientek. Produkt ten, oprócz tego, że mieści się w kartoniku, to także nakrętka jest ściśle ofoliowana, dzięki czemu pierwszym użytkownikiem staje się osoba, która zdecydowała się kupić ten krem. Chwalę to sobie bardzo, bo mam nieprzyjemne doświadczenia z kosmetykami pochodzącymi z tej drogerii, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorówkę, gdzie trudno znaleźć coś co nie było używane przez ciekawskie klientki.


Pokaż kotku co masz w środku.
Skład jest dość długi, ale ciekawy. Nie znajdziemy w nim parabenów, parafiny, SLS i SLES. Na pewno warto zwrócić uwagę na węgiel bio-aktywny, który gra tu główne skrzypce. Ma on bowiem działanie antybakteryjne, pochłania zanieczyszczenia i sebum, a także zwęża i oczyszcza pory.


 Ten fikuśny niebieski kwiatuszek, który mogliście zauważyć na opakowaniu też odgrywa tutaj ważną rolę - to blue daisy, a wyciąg z niej nawilża i łagodzi skórę. Wykazuje ona także działanie łagodzące - koniec z zatem z zaczerwienieniami i podrażnieniami.


Szach i mat.

Kolor
tego kremu jest mi bliżej nieokreślony, choć według mnie oscyluje on w jednym z odcieni szarości. Pachnie przepięknie, jak damskie perfumy. Dałabym sobie rękę odciąć, że w czasach licealnych miałam wodę toaletową o takim zapachu.


Krem ma lekką formułę - łatwo się rozprowadza i momentalnie wchłania do idealnego matu. Świetnie sprawuje się solo, ale stanowi także dobrą bazę pod podkład, gdyż utrzymuje on skórę w ryzach przez wiele godzin. Sięgając po kosmetyki tej marki, która umówmy się jest przeznaczona dla nastolatków, miałam obawy czy nie osiągnę odwrotnego efektu, ale stan mojej skóry zdecydowanie się polepszył. Skóra jest nawilżona na całej płaszczyźnie. Zwykle używając produktów matujących tylko strefa T była odpowiednio zadbana, podczas, gdy policzki przesuszone. Tutaj mamy jednak kompleksową pielęgnację. Biorąc pod uwagę powyższe argumenty cena jest jak dla mnie zaniżona ( ok 16zł ), ale dzięki temu dostępna dla wszystkich.  

Żel myjący peeling maseczka 3w1Pora na drugiego bohatera tego wpisu, a jest nim swoisty Chuck Norris wśród kosmetyków, bo któż jak nie on potrafi robić 3 rzeczy na raz (no, ok każda kobieta potrafi). Kosmetyk ten można używać na trzy sposoby - jako żel myjący, peeling, a także maseczka. W zależności od potrzeby, nastroju i dyspozycyjności możemy wybrać najbardziej odpowiadający nam wariant.


Opakowanie jest całkiem spore ( 150ml ) i podobnie jak krem ma on zabezpieczenie w postaci folii na nakrętce. Do cech wspólnych należy również obecność węgla bio-aktywnego w składzie. Poza nim znaleźć w nim możemy mineralną glinkę kaolin, która głęboko oczyszcza i reguluje wydzielanie sebum. Reminalizuje skórę, usuwa z niej toksyny i przynosi odprężenie. Jako zdzierak służą tutaj zmielone pestki moreli, które choć są maleńkie to jednak ostre.


 Szary kolor produktu może nie jest szczytem marzeń, ale gęsto osadzone drobiny już tak. Kosmetyk ten wypróbowałam w zalecanych 3 wariantach i muszę przyznać, że najsłabiej wypadł on jako żel myjący. Duża zawartość drobin sprawiła, że mimo starań i delikatności, z jaką starałam się umyć nim buzię i tak było wyczuwalne tarcie. Jak już wyżej wspomniałam drobinki są ostre i występują w dużej ilości, dlatego było to nieuniknione.


Jako peeling spisuje się rewelacyjnie - dobrze usuwa martwe komórki naskórka, wygładza skórę, odblokowuje pory. Naturalny zdzierak w postaci zmielonych pestek moreli potrafi zdziałać cuda.

Ostatnim wariantem z jakim przyszło mi się zmierzyć była maseczka. Po nałożeniu produktu na twarz wyczułam chłód, a także delikatne szczypanie. Nie zauważyłam tego wcześniej podczas peelingu i mycia twarzy. Szybko jednak wyczytałam ,że jest to normalna reakcja skóry, a owe szczypanie ma nas upewniać w działaniu glinki. Maseczka nałożona cienką warstwą wysycha szybko, dobrze się zmywa i cudownie odświeża cerę. Skóra nie jest przesuszona, czy nieprzyjemnie napięta. Wręcz przeciwnie jest ukojona i odprężona. Za tą kosmetyczną hybrydę zapłacimy ok 14zł.

Po kilku tygodniach stosowania duetu tej młodej marki, mogę śmiało stwierdzić, że warto w nie zainwestować. Nie ma problemów z ich dostępnością, kosztują grosze i są naprawdę skuteczne. Wbrew obiegowej opinii i zaleceń producenta mogą je używać także osoby starsze, które podobnie jak ja borykają się z nadmiernym błyszczeniem skóry.

7 lutego 2017

Gładkie usta bez wysiłku

Kocham peelingi w wszelkiej postaci, ale do ust nigdy sobie go nie kupowałam. Powód? Robiłam je sobie sama. Wystarczyło zmieszać cukier z wybranym olejkiem, miodem, a nawet z oliwą z oliwek, by móc cieszyć się z pięknych, gładkich ust. Lubiłam te moje wynalazki i nadal u mnie goszczą. Jednak poszerzająca się oferta kosmetyków dedykowanym spierzchniętym wargom sprawiła, że pierwszy raz skusiłam się na gotowy produkt. Tak właśnie w mojej kosmetyczce znalazł się lip scrub marki Eveline Cosmetics. W dzisiejszym wpisie dowiecie się jak się u mnie sprawdziła nowość tej marki, czy warto w nią inwestować i jakie efekty dała mi ta kuracja.


Po pierwsze pielęgnacja.

Aby móc cieszyć się gładkimi ustami, należy zadbać o właściwą pielęgnację. Na ich wygląd wpływa wiele czynników. Delikatna skóra warg codziennie torpedowana jest urokami naszej szerokości geograficznej - mróz, wiatr, promieniowanie słoneczne nie są dla nich obojętnie. Podobnie jak złe nawyki, które niejedna z nas posiada. Mówię tu między innymi o oblizywaniu, czy przygryzaniu warg. Warto mieć zawsze przy sobie pomadkę ochronną, która nawilży, odżywi i chroni przed czynnikami zewnętrznymi, a w domowych pieleszach zrobić sobie peeling i maseczkę. Moje panie pierwszym krokiem w uzyskaniu gładkich ust bez wysiłku jest ich właściwa pielęgnacja.


Bardzo wygodny sztyft

Z mazidłami do ust jest u mnie tak jak z kremami do rąk - mam je niemalże w każdym zakątku domu, w kurtce i torebce. To mój mały nałóg. Lip scrub marki Eveline łatwo z nimi pomylić, gdyż znajduje się on w takim samym opakowaniu jak większość pomadek. Sztyft jest bardzo wygodny w użyciu, ładnie wygląda, a niezwykle dziewczęcy kolor zwraca uwagę. Kolor peelingu idealnie współgra z barwą opakowania. Pastelowy róż nie jest może krzykliwy, ale delikatny. Ta subtelność towarzyszy mu również w użytkowaniu.


Delikatne ścieranie

Sama nie wiem czego się spodziewałam, kiedy pierwszy raz otwierałam opakowanie. Wyobrażałam sobie wyraźnie zaznaczone ścierające drobinki, a tu nic powierzchnia gładka jak tafla jeziora. Całemu procesowi odkrywania tego kosmetyku towarzyszy nieco chemiczny poziomkowy zapach.


Peeling nakładałam grubą warstwą za pomocą sztyftu - zupełnie tak jak przy makijażu ust. Chcąc spotęgować efekt masowałam dodatkowo usta palcami. Drobinki są maleńkie, dlatego samo ścieranie martwych komórek naskórka określiłabym jako delikatne. W tym momencie należą się brawa dla producenta, który nie obiecywał gruszek na wierzbie, a informację o subtelnym zdzieraku umieścił na opakowaniu. Górna warga jest wrażliwsza i tutaj rzeczywiście dobrze można było wyczuć drobinki, które wielkością przypominają ziarenka piasku. Na dolnej wardze efekt ten nie był już tak wyczuwalny. Jeśli usta są w miarę dobrej kondycji i chce się im nadać ładny wygląd, to owszem, z tym produktem zdziałamy cuda. W przypadku bardzo mocno spierzchniętych warg może okazać się on jednak za słaby, by usunąć suche skórki.

Efekty stosowania.

Muszę przyznać, że u mnie ten magiczny sztyft sprawdził się dobrze. Usta zostały wygładzone, nabrały ładnego koloru  i zdrowego blasku. W pakiecie otrzymujemy nawilżenie i odżywienie. Po takim peelingu makijaż wygląda olśniewająco. Szminka lepiej się trzyma, a gładkie wargi nie pozostają obojętne płci przeciwnej. Takie usta po prostu chce się całować. Jeśli zatem chcesz mieć gładkie usta bez zbędnego wysiłku, najpierw zadbaj o ich codzienną pielęgnację i choć raz w tygodniu zrób sobie peeling. Żadna z tych czynności nie wymaga wiele czasu, a efekty są zauważalne.

30 listopada 2016

Peeling do ciała rąk i stóp w jednym? Ze Spa Vintage Body Oil to możliwe.

Nigdy nie byłam przekonana do kosmetyków, które z założenia są do wszystkiego. W myśl porzekadła, że jak coś jest do wszystkiego , jest do niczego, zwyczajnie się ich bałam. Parę razy przeżyłam zawód i odpuściłam sobie inwestowanie w tego typu produkty. Jednak coś mnie pokusiło (zapewne braki w kosmetyczce) i postanowiłam dać szansę marce Spa Vintage Body Oil i ich dwufazowemu peelingowi, który ma być doskonały zarówno do rąk, stóp jak i całego ciała. 


Opakowanie ma znaczenie.

Jestem sroką. Od dziecka podobały mi się rzeczy, które pięknie się prezentują i zostało mi to już do dziś. To tak jak z potrawami  jemy najpierw oczami. Czy opakowanie ma znaczenie? Z jednej strony tak, bo oprócz efektów wizualnych, musi być poręczne i wygodne w użyciu, z drugiej strony najważniejsza jest jego zawartość. Dla mnie jednak musi być zachowana harmonia między tymi dwiema kwestiami. Produkt może być cudowny, ale co z tego skoro przy każdym jego użyciu dostaje szału, bo np wylewa się niekontrolowanie z opakowania? Zapewne nieraz się wam to zdarzyło, mnie również, dlatego opakowanie ma dla mnie znaczenie. Porządnie wykonane zaoszczędzi wielu nieprzyjemnych sytuacji i nerwów.

Czarna mamba wśród kosmetyków.

Dwufazowy peeling cukrowy jest zdecydowanie czarną mambą wśród kosmetyków, które można znaleźć w mojej łazience. Wystarczy na niego spojrzeć i wszystko staje się jasne. Czarne, plastikowe opakowanie nie jest nadzwyczajne, ale ma w sobie coś z klasyki. Złote listery i wytworna pani, która króluje na grafice dodają mu szczyptę elegancji. Niby zwyczajne, a jednak coś w sobie ma. Moja osobista czarna mamba.


Skład ma swoje plusy.

Choć na pierwszym miejscu znajduje się parafina, dalej silikony i olej mineralny, to mimo wszystko skład ma swoje plusy. Znajduje się w nim bowiem wiele cennych komponentów. Należą do nich nawilżający olej abisyjski, regenerujący ekstrakt z rumianku, wygładzający olej migdałowy i witamina E, która dostarcza składniki odżywcze w głąb naskórka. To właśnie te składniki są ogromnym plusem kosmetyku, który Wam prezentuję.

Jak diamenty.

Przed użyciem tego kosmetyku należy nim potrząsnąć, aby dobrze wymieszały się obie fazy. Kryształki drobno zmielonego cukry zatopionego w oleju wyglądają jak diamenty. Zapach kojarzy mi się z perfumami mojej babci - stateczny, wyrazisty,  dość ciężki. Nie powiem, żeby należał do moich ulubionych, ale nie przeszkadza mi on.


 Dłonie i stopy.

W pierwszej kolejności użyłam ten peeling na dłonie i stopy. Od razu wyczułam ostre kryształki cukru, które wydawały się być takie maleńkie, tak drobne, że myślałam, ze nie dadzą sobie rady. Przeżyłam miłe zaskoczenie, bo zarówno na dłonie, jak i stopy okazał się być on idealny. Cukier pod wpływem tarcia, a także wilgoci rąk (bo muszą być one wcześniej zamoczone) rozpływa się po paru chwilach. Jednak czas ten wystarczy, by doprowadzić skórę do idealnej gładkości. Dłonie i stopy stają się wygładzone, miękkie i miłe w dotyku. Jedyny, minusem jest to, że są bardzo natłuszczone i ociekają wręcz od olejku i parafiny. Warstwa ta nie wchłania się i trzeba umyć ponownie dłonie i stopy, bądź po prostu wytrzeć je porządnie w ręcznik.

Ciało.

Zachęcona efektami jakie odczuły moje dłonie i stopy, postanowiłam wypróbować skuteczność peelingu na swoim ciele. Tutaj obyło się bez zachwytu. Może jestem gruboskórna, ale pomijając okolice dekoltu kryształki cukru były dla mnie mało wyczuwalne. Mimo to efekty były takie same jak w powyższych przypadkach. Zapach tego kosmetyku długo zostaje na ciele i jest on przy tym intensywny. To, co mi ogromnie przeszkadzało, to fakt, że całe ciało pływało w olejku, który jak wspomniałam wyżej nie wchłania się, tylko maże i oblepia powierzchnię skóry. Nie wspomnę już o wannie, która po takiej kąpieli nadawała się tylko do porządnego mycia i to najlepiej płynem do naczyń, który rozpuści tłuszcz. Było to bardzo frustrujące.

Podsumowując.

Pomijając bohatera ostatniego postu, który okazał się lekiem na wszystkie moje bolączki, ten niestety nie okazał się być kosmetykiem wielofunkcyjnym. Świetnie radzi sobie ze złuszczaniem martwego naskórka z każdej partii ciała, ale polubiły go jedynie moje dłonie i stopy. Na ciele nie był on już tak wyczuwalny, a klejąca olejowa warstwa, która zostawała na całej powierzchni skóry, jak i wannie doprowadzała mnie do szału. Niemniej jednak skóra była wygładzona, miękka, sprężysta i pachnąca.

Cena  ok 13zł

26 czerwca 2016

Moje Biolove - 100% naturana pielęgnacja

Będąc u przyjaciółki w Warszawie miałam możliwość poznania marki Biolove. Ewelina z takim zapałem opowiadała mi o niej, że wzbudziła we mnie prawdziwą chęć ich posiadania. Kiedy zobaczyłam jej bogatą kolekcje, powąchałam każdy z kosmetyków i zapoznałam się ze składami, stwierdziłam, że warto w nie zainwestować. Krótko po mojej decyzji piątka wspaniałych znalazła wygodne i stałe miejsce w mojej łazience. Dzisiejszy post w całości poświęcam naturalnej pielęgnacji. Znajdziecie w nim coś dla zwolenników kawy, kokosa i mango, a także dla tych co kochają zmysłowe uniesienia podczas masażu, jak i dla totalnych pielęgnacyjnych leniuszków. Brzmi ciekawie? Bo tak właśnie jest. Zapraszam dalej...


KAWOWY PEELING DO CIAŁA

To prawdziwa gratka dla zwolenników i smakoszy kawy. Niestety ja do nich nie należę. Nie piję tego trunku, gdyż zwyczajnie go nie lubię i źle się po nim czuję. Serce wali mi po nim jak szalone, a jako sercowiec muszę na nie uważać. Tyle na temat samego napoju. Pewnie nie zdziwi Was fakt, że troszkę z dystansem podeszłam do testowania tego peelingu? Moje uprzedzenia szybko jednak zniknęły, wystarczyło jedno jego użycie.


Peeling kawowy otrzymujemy w wypełnionym po brzegi plastikowym słoiczku o pojemności 100g. Pojemność ta nie jest duża i spodziewałam się, że szybko on zniknie, ale muszę przyznać, że wydajność ma on na dobrym poziomie. Używam go już od 3 tygodni i nadal mogę się cieszyć z jego obecności.


Skład zwala z nóg - znajdują się w nim tylko i wyłącznie naturalne składniki - cukier, masło shea, olej macadamia, kawa, ekologiczny olej kokosowy, witamina E. Na końcu znajdziemy substancję zapachową.


Zaglądając do opakowania zdawać by się mogło, że jest on koloru brązowego. Uwarunkowane jest to obecnością dużej ilości kawy. Podczas rozprowadzania go po powierzchni ciała wyraźnie widać w nim biało-przezroczyste drobinki cukru, brązowe kawy, czuć obecność olejków, które tworzą nieco tłusty film. Jeśli było coś, o co się martwiłam, to był zapach. Nie trudno się domyśleć jaką ma woń, ale jest ona subtelna, przypomina mi raczej cukierki kawowe, którymi niegdyś się zajadałam, niż sam gorący napój.


Peeling nakładam na czyste i wilgotne ciało, po czym okrężnymi ruchami wykonywałam nim masaż. Znajdujące się w nim drobinki nie są ostre, ale jednak wyczuwalne. Sam zabieg jest bardzo przyjemny. Zapach kawy pobudza, a masaż relaksuje. Oczywiście plusów jest więcej, bo pozbywamy się zrogowaciałej warstwy naskórka, dzięki czemu skóra staje się gładka. Po wyjściu z kąpieli NIE trzeba nakładać dodatkowo innych produktów pielęgnacyjnych. Masło shea, oraz olejki sprawiają, że skóra staje się nawilżona i odżywiona, a subtelna woń kawy towarzyszy nam przez długi czas. Skóra po osuszeniu ręcznikiem nie jest tłusta i można od razu się ubierać. Uwielbiam ten efekt. Kto by pomyślał, że nie będąc zwolenniczką kawy w wersji pitnej, stanie się wielbicielką kawy w kosmetykach. No cóż, cuda się zdarzają.

Cena : 19,50zł

MUS DO CIAŁA MANGO

Tak jak peeling stosuje raz,dwa razy w tygodniu, tak mus do ciała używałam niemalże codziennie. Przez prawie trzy tygodnie stanowił ważną część mojej pielęgnacji i sprawił, że przepadłam na amen.


Opakowanie musu różni się od peelingu jedynie pojemnością - 150g, całość zachowana jest w tym samym klimacie, zrobiona z tych samych materiałów, tylko grafika przypomina jaka nuta zapachowa będzie nam towarzyszyć.


Poniżej przedstawiam Wam skład. Tak jak w przypadku peelingu na pierwszym miejscu jest masło shea, olej macadamia i wiele innych dobrych składników. Troszkę wyżej niż w przypadku peelingu mamy perfum, ale nie jest to znacząca różnica, bo i tak znajduje się on nisko w tym krótkim i treściwym składzie.

Mus do ciała ma przepiękny iście owocowy zapach. Za każdym razem kiedy odkręcam słoiczek, czuję się tak jakbym przekroiła owoc mango na pół. W zapachu nie ma ani krzty chemii i głodnieje przy każdym jego użyciu. Zmysły szaleją, a ja szukam owocowej przekąski.

Konsystencja tego kosmetyku jest bardzo puszysta, ale po zetknięciu z ciałem i pod wpływem jego ciepła zamienia się on w olejek. Rozsmarowuje się bardzo dobrze, ale na całkowite wchłonięcie należy poczekać kilka dobrych minut. Do tego czasu towarzyszy nam jego nieco tłusta powłoka. Z tego powodu stosuje go tylko na wieczór, aby zapewnić sobie potężną dawkę regeneracji. Po wchłonięciu zapach mango gdzieś ucieka, a na jego miejsce wybija się woń masła shea.


Początkowo stosowałam ten mus codziennie. Szybko jednak zauważyłam, że nie ma takiej potrzeby. Skóra jeszcze na drugi dzień była nawilżona, odżywiona i miękka, bez śladu suchych skórek. W tej chwili stosuje go w razie potrzeby. Jest to także mój niezbędnik S.O.S w razie przedawkowania promieni słonecznych. Mimo niewielkich rozmiarów jest on dość wydajny, a to wszystko za sprawą puszystej konsystencji, która zmienia swe właściwości po kontakcie z naszym ciałem.

Cena: 24.99zł

NIERAFINOWANY OLEJ KOKOSOWY

Podobno jak coś nadaje się do wszystkiego jest do niczego. W przypadku oleju kokosowego, to stwierdzenie byłoby wysoce nie na miejscu. Jest to jeden z nielicznych produktów, które czarują swoją wszechstronnością i rzeczywiście działają.


Nierafinowany olej kokosowy Biolove otrzymujemy w 100g opakowaniu. Nie będę o nim pisała dużo, gdyż stylistyka jest taka sama jak w przypadku kosmetyków, o których pisałam powyżej.


Skład to oczywiście bajka - jeden składnik - olej kokosowy i tyle. Żadnych konserwantów i innych świnstw. Ten produkt broni się sam.


Olej ma postać stałą, dopiero po rozgrzaniu w dłoniach zmienia się w ciecz. Wysoka temperatura, która ostatnio towarzyszy nam na co dzień, sprawiła, że nie musiałam go dodatkowo rozgrzewać, gdyż pod wpływem ciepła otoczenia sam zmienił swą postać.


Olej kokosowy wypróbowałam na trzy sposoby. Użyłam go zarówno do twarzy, ciała i włosów. Stosowany jest on również jako dodatek do różnych potraw, ale mnie było go zwyczajnie szkoda zjadać. Pachnie on kokosowo, jakby miało się przed nosem otwartą paczuszkę z wiórkami. Przyjemnie i subtelnie.

Polubiłam go stosować na twarz po peelingu i maseczce. Wcześniej używałam oleju arganowego, ale ten okazał się świetnym zastępstwem. Nie nakładam go dużo. Skóra i tak wypije tylko tyle ile sama będzie potrzebować, a reszta zostałaby na twarzy w postaci tłustej warstwy. Grunt to umiar, a wierzcie mi, że wystarczy jego niewielka ilość, by poczuć jego działanie i nie świecić się jak neony w Las Vegas. Podobnie jest z ciałem - umiar przede wszystkim, ale działanie jakie można zaobserwować budzi respekt. Skóra staje się odżywiona, miękka, gładka, przyjemna w dotyku i oczywiście smacznie pachnąca.

Użyłam go również do włosów i muszę stwierdzić, że działa on cuda. Moje zniszczone i przesuszone kosmyki nabierają zdrowego blasku, są sypkie i lejące, a zarazem miękkie i miłe w dotyku. Kocham ten efekt!

Cena 19.99zł


ŚWIECZKA DO MASAŻU POMARAŃCZA Z WANILIĄ

To był mój debiut. Co prawda słyszałam o takich cudach jak świece do masażu, aczkolwiek nigdy ich nie miałam. Trudno było mi sobie wyobrazić obsługę tejże świecy i jej działanie. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, a tak naprawdę wystarczyło przeczytać, co producent napisał na spodzie opakowania.


Poruszając kwestię opakowania napiszę jedynie tyle, że mieści on 150g świecy. Po resztę informacji odsyłam do wcześniejszych recenzji.


Co takiego wyczytałam z opisu producenta? Oprócz spodziewanego działania, znalazłam tam dokładny sposób jej zastosowania. Przyznaję, rozbudza on wyobraźnię.

Skład jest fantastyczny - cała świeca zrobiona jest na bazie masła shea i olejku kokosowego.


Pierwszy raz użyłam go według wskazówek producenta. Uwielbiam kąpiel przy świecach - są to jedyne chwilę dla mnie. Te dwadzieścia minut dziennie musi wystarczyć by naładować akumulatory. Bez męża, bez dziecka, tylko ja, świece i wanna pełna piany - uwielbiam.

Sama świeca jest koloru kremowego. Wystarczy odkręcić wieczko, by upajać się jej intensywnym zapachem. Wyraźnie czuć w nim pomarańcze, wanilia na szczęście została tu przez nie stłumiona i jest na drugim planie. Cieszę się z tego powodu, bo wanilia w dotychczas używanych przeze mnie kosmetykach była dla mnie zbyt ciężka. Nie przepadam za takimi zapachami. Za to pomarańczę w kosmetykach uwielbiam.


Świeca zapala się bez jakichkolwiek problemów, a po chwili w pomieszczeniu unosi się subtelna słodko-orzeźwiająca woń. Świeca wytapia się na tyle na ile jej na to pozwolimy. Zapalimy ją na chwilę, to po użyciu zrobi nam się w środku dziura. Kiedy pozwolimy jej się palić dłużej, by cała tafla mogła się stopić, to po wybraniu odpowiedniej ilości produktu jej poziom się wyrówna.


Pod wpływem ciepła kosmetyk się topi i po zgaszeniu możemy go nakładać na skórę. Trzeba jednak uważać, bo w momencie zgaszenia jest on na prawdę gorący. Rozprowadza się bardzo dobrze, zupełnie jak olejek, ale na wchłonięcie trzeba trochę poczekać. Na wieczór jest jednak idealny.Odżywia, regeneruje, wygładza i nawilża skórę.


 Jest to także produkt idealny na spędzenie romantycznego wieczoru z drugą połówką. Podczas masażu produkt się nie roluje, a doznania są oczywiście o niebo lepsze niż podczas samodzielnego nakładania kosmetyku.

Cena: 19.99zł

KULA DO KĄPIELI PIŻMO

Jest to idealny produkt dla totalnych pielęgnacyjnych leniuszków, ale także dla kobiet, które uwielbiają się zrelaksować we wannie.

Kula zapakowana jest w przezroczystą, sztywną folię, na której umieszczona jest etykieta. Dopiero po rozpakowaniu można zobaczyć, że jest ona dzielona na dwie części. Taka podwójna przyjemność, to jest to co lubię, tym bardziej, że samo jej działanie jest na miarę złota.


 Kula po zetknięciu z taflą wody zaczyna musować, rozpuszczać się. Podczas tego procesu zostają uwolnione wszystkie składniki, oraz wysuszone płatki róż, co sprawia ,że nawet zwykła kąpiel nabiera charakteru. Zapach jest cudowny, słodki, ale nie przesadzony. Pobudza zmysły i wprowadza w błogi stan relaksu. Po kąpieli skóra jest natłuszczona, ale kiedy osuszy się ją ręcznikiem nie zostawia żadnej nieprzyjemnej, tłustej powłoki. Jest to istny pielęgnacyjny raj. Małym nakładem naszej pracy mamy wszystko to, czego potrzebujemy - nawilżoną i odżywioną skórę.


Kosmetyki Biolove urzekły mnie na kilka sposobów. Przede wszystkim pragnę zwrócić uwagę na składy - krótkie i treściwe. Nie znajdziemy w nich parabenów, silikonów, konserwantów, barwników, sls, czy peg, jest w nich tylko to, co najbardziej nas interesuje, same aktywne składniki. Przekłada się to może na żywotność kosmetyków, gdyż mają nieco krótsze terminy ważności niż ich konkurenci, ale nie jest to żadnym problemem, bo spokojnie można je zużyć w zaleconym czasie.

Z tego co zauważyłam większość z posiadanych przeze  mnie kosmetyków oparta jest na maśle shea, które wspaniale odżywia skórę. Działanie każdego z nich zadowala mnie w 100%. Czuję się zachęcona do dalszego ich poznawania. Jest jednak jeden ogromny minus - dostępność. Można je kupić tylko i wyłącznie w stacjonarnym sklepie Kontigo, który znajduje się we Warszawie, oraz w najbliższej jej okolicy. Łącznie jest sześć takich sklepów. Żałuję ogromnie, że nie mogę wyjść do drogerii i ich nabyć. Zadowoliłby mnie nawet sklep internetowy, bo uważam, że marka jest tak wspaniała, że powinna być dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla mieszkańców stolicy. Mnie pozostaje czekać cierpliwie na następny wyjazd do Warszawy, chyba, że wcześniej uśmiechnę się do mojej Ewelinki, aby mi coś podesłała. Polecam, bo na prawdę warto.