26 czerwca 2016

Moje Biolove - 100% naturana pielęgnacja

Będąc u przyjaciółki w Warszawie miałam możliwość poznania marki Biolove. Ewelina z takim zapałem opowiadała mi o niej, że wzbudziła we mnie prawdziwą chęć ich posiadania. Kiedy zobaczyłam jej bogatą kolekcje, powąchałam każdy z kosmetyków i zapoznałam się ze składami, stwierdziłam, że warto w nie zainwestować. Krótko po mojej decyzji piątka wspaniałych znalazła wygodne i stałe miejsce w mojej łazience. Dzisiejszy post w całości poświęcam naturalnej pielęgnacji. Znajdziecie w nim coś dla zwolenników kawy, kokosa i mango, a także dla tych co kochają zmysłowe uniesienia podczas masażu, jak i dla totalnych pielęgnacyjnych leniuszków. Brzmi ciekawie? Bo tak właśnie jest. Zapraszam dalej...


KAWOWY PEELING DO CIAŁA

To prawdziwa gratka dla zwolenników i smakoszy kawy. Niestety ja do nich nie należę. Nie piję tego trunku, gdyż zwyczajnie go nie lubię i źle się po nim czuję. Serce wali mi po nim jak szalone, a jako sercowiec muszę na nie uważać. Tyle na temat samego napoju. Pewnie nie zdziwi Was fakt, że troszkę z dystansem podeszłam do testowania tego peelingu? Moje uprzedzenia szybko jednak zniknęły, wystarczyło jedno jego użycie.


Peeling kawowy otrzymujemy w wypełnionym po brzegi plastikowym słoiczku o pojemności 100g. Pojemność ta nie jest duża i spodziewałam się, że szybko on zniknie, ale muszę przyznać, że wydajność ma on na dobrym poziomie. Używam go już od 3 tygodni i nadal mogę się cieszyć z jego obecności.


Skład zwala z nóg - znajdują się w nim tylko i wyłącznie naturalne składniki - cukier, masło shea, olej macadamia, kawa, ekologiczny olej kokosowy, witamina E. Na końcu znajdziemy substancję zapachową.


Zaglądając do opakowania zdawać by się mogło, że jest on koloru brązowego. Uwarunkowane jest to obecnością dużej ilości kawy. Podczas rozprowadzania go po powierzchni ciała wyraźnie widać w nim biało-przezroczyste drobinki cukru, brązowe kawy, czuć obecność olejków, które tworzą nieco tłusty film. Jeśli było coś, o co się martwiłam, to był zapach. Nie trudno się domyśleć jaką ma woń, ale jest ona subtelna, przypomina mi raczej cukierki kawowe, którymi niegdyś się zajadałam, niż sam gorący napój.


Peeling nakładam na czyste i wilgotne ciało, po czym okrężnymi ruchami wykonywałam nim masaż. Znajdujące się w nim drobinki nie są ostre, ale jednak wyczuwalne. Sam zabieg jest bardzo przyjemny. Zapach kawy pobudza, a masaż relaksuje. Oczywiście plusów jest więcej, bo pozbywamy się zrogowaciałej warstwy naskórka, dzięki czemu skóra staje się gładka. Po wyjściu z kąpieli NIE trzeba nakładać dodatkowo innych produktów pielęgnacyjnych. Masło shea, oraz olejki sprawiają, że skóra staje się nawilżona i odżywiona, a subtelna woń kawy towarzyszy nam przez długi czas. Skóra po osuszeniu ręcznikiem nie jest tłusta i można od razu się ubierać. Uwielbiam ten efekt. Kto by pomyślał, że nie będąc zwolenniczką kawy w wersji pitnej, stanie się wielbicielką kawy w kosmetykach. No cóż, cuda się zdarzają.

Cena : 19,50zł

MUS DO CIAŁA MANGO

Tak jak peeling stosuje raz,dwa razy w tygodniu, tak mus do ciała używałam niemalże codziennie. Przez prawie trzy tygodnie stanowił ważną część mojej pielęgnacji i sprawił, że przepadłam na amen.


Opakowanie musu różni się od peelingu jedynie pojemnością - 150g, całość zachowana jest w tym samym klimacie, zrobiona z tych samych materiałów, tylko grafika przypomina jaka nuta zapachowa będzie nam towarzyszyć.


Poniżej przedstawiam Wam skład. Tak jak w przypadku peelingu na pierwszym miejscu jest masło shea, olej macadamia i wiele innych dobrych składników. Troszkę wyżej niż w przypadku peelingu mamy perfum, ale nie jest to znacząca różnica, bo i tak znajduje się on nisko w tym krótkim i treściwym składzie.

Mus do ciała ma przepiękny iście owocowy zapach. Za każdym razem kiedy odkręcam słoiczek, czuję się tak jakbym przekroiła owoc mango na pół. W zapachu nie ma ani krzty chemii i głodnieje przy każdym jego użyciu. Zmysły szaleją, a ja szukam owocowej przekąski.

Konsystencja tego kosmetyku jest bardzo puszysta, ale po zetknięciu z ciałem i pod wpływem jego ciepła zamienia się on w olejek. Rozsmarowuje się bardzo dobrze, ale na całkowite wchłonięcie należy poczekać kilka dobrych minut. Do tego czasu towarzyszy nam jego nieco tłusta powłoka. Z tego powodu stosuje go tylko na wieczór, aby zapewnić sobie potężną dawkę regeneracji. Po wchłonięciu zapach mango gdzieś ucieka, a na jego miejsce wybija się woń masła shea.


Początkowo stosowałam ten mus codziennie. Szybko jednak zauważyłam, że nie ma takiej potrzeby. Skóra jeszcze na drugi dzień była nawilżona, odżywiona i miękka, bez śladu suchych skórek. W tej chwili stosuje go w razie potrzeby. Jest to także mój niezbędnik S.O.S w razie przedawkowania promieni słonecznych. Mimo niewielkich rozmiarów jest on dość wydajny, a to wszystko za sprawą puszystej konsystencji, która zmienia swe właściwości po kontakcie z naszym ciałem.

Cena: 24.99zł

NIERAFINOWANY OLEJ KOKOSOWY

Podobno jak coś nadaje się do wszystkiego jest do niczego. W przypadku oleju kokosowego, to stwierdzenie byłoby wysoce nie na miejscu. Jest to jeden z nielicznych produktów, które czarują swoją wszechstronnością i rzeczywiście działają.


Nierafinowany olej kokosowy Biolove otrzymujemy w 100g opakowaniu. Nie będę o nim pisała dużo, gdyż stylistyka jest taka sama jak w przypadku kosmetyków, o których pisałam powyżej.


Skład to oczywiście bajka - jeden składnik - olej kokosowy i tyle. Żadnych konserwantów i innych świnstw. Ten produkt broni się sam.


Olej ma postać stałą, dopiero po rozgrzaniu w dłoniach zmienia się w ciecz. Wysoka temperatura, która ostatnio towarzyszy nam na co dzień, sprawiła, że nie musiałam go dodatkowo rozgrzewać, gdyż pod wpływem ciepła otoczenia sam zmienił swą postać.


Olej kokosowy wypróbowałam na trzy sposoby. Użyłam go zarówno do twarzy, ciała i włosów. Stosowany jest on również jako dodatek do różnych potraw, ale mnie było go zwyczajnie szkoda zjadać. Pachnie on kokosowo, jakby miało się przed nosem otwartą paczuszkę z wiórkami. Przyjemnie i subtelnie.

Polubiłam go stosować na twarz po peelingu i maseczce. Wcześniej używałam oleju arganowego, ale ten okazał się świetnym zastępstwem. Nie nakładam go dużo. Skóra i tak wypije tylko tyle ile sama będzie potrzebować, a reszta zostałaby na twarzy w postaci tłustej warstwy. Grunt to umiar, a wierzcie mi, że wystarczy jego niewielka ilość, by poczuć jego działanie i nie świecić się jak neony w Las Vegas. Podobnie jest z ciałem - umiar przede wszystkim, ale działanie jakie można zaobserwować budzi respekt. Skóra staje się odżywiona, miękka, gładka, przyjemna w dotyku i oczywiście smacznie pachnąca.

Użyłam go również do włosów i muszę stwierdzić, że działa on cuda. Moje zniszczone i przesuszone kosmyki nabierają zdrowego blasku, są sypkie i lejące, a zarazem miękkie i miłe w dotyku. Kocham ten efekt!

Cena 19.99zł


ŚWIECZKA DO MASAŻU POMARAŃCZA Z WANILIĄ

To był mój debiut. Co prawda słyszałam o takich cudach jak świece do masażu, aczkolwiek nigdy ich nie miałam. Trudno było mi sobie wyobrazić obsługę tejże świecy i jej działanie. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, a tak naprawdę wystarczyło przeczytać, co producent napisał na spodzie opakowania.


Poruszając kwestię opakowania napiszę jedynie tyle, że mieści on 150g świecy. Po resztę informacji odsyłam do wcześniejszych recenzji.


Co takiego wyczytałam z opisu producenta? Oprócz spodziewanego działania, znalazłam tam dokładny sposób jej zastosowania. Przyznaję, rozbudza on wyobraźnię.

Skład jest fantastyczny - cała świeca zrobiona jest na bazie masła shea i olejku kokosowego.


Pierwszy raz użyłam go według wskazówek producenta. Uwielbiam kąpiel przy świecach - są to jedyne chwilę dla mnie. Te dwadzieścia minut dziennie musi wystarczyć by naładować akumulatory. Bez męża, bez dziecka, tylko ja, świece i wanna pełna piany - uwielbiam.

Sama świeca jest koloru kremowego. Wystarczy odkręcić wieczko, by upajać się jej intensywnym zapachem. Wyraźnie czuć w nim pomarańcze, wanilia na szczęście została tu przez nie stłumiona i jest na drugim planie. Cieszę się z tego powodu, bo wanilia w dotychczas używanych przeze mnie kosmetykach była dla mnie zbyt ciężka. Nie przepadam za takimi zapachami. Za to pomarańczę w kosmetykach uwielbiam.


Świeca zapala się bez jakichkolwiek problemów, a po chwili w pomieszczeniu unosi się subtelna słodko-orzeźwiająca woń. Świeca wytapia się na tyle na ile jej na to pozwolimy. Zapalimy ją na chwilę, to po użyciu zrobi nam się w środku dziura. Kiedy pozwolimy jej się palić dłużej, by cała tafla mogła się stopić, to po wybraniu odpowiedniej ilości produktu jej poziom się wyrówna.


Pod wpływem ciepła kosmetyk się topi i po zgaszeniu możemy go nakładać na skórę. Trzeba jednak uważać, bo w momencie zgaszenia jest on na prawdę gorący. Rozprowadza się bardzo dobrze, zupełnie jak olejek, ale na wchłonięcie trzeba trochę poczekać. Na wieczór jest jednak idealny.Odżywia, regeneruje, wygładza i nawilża skórę.


 Jest to także produkt idealny na spędzenie romantycznego wieczoru z drugą połówką. Podczas masażu produkt się nie roluje, a doznania są oczywiście o niebo lepsze niż podczas samodzielnego nakładania kosmetyku.

Cena: 19.99zł

KULA DO KĄPIELI PIŻMO

Jest to idealny produkt dla totalnych pielęgnacyjnych leniuszków, ale także dla kobiet, które uwielbiają się zrelaksować we wannie.

Kula zapakowana jest w przezroczystą, sztywną folię, na której umieszczona jest etykieta. Dopiero po rozpakowaniu można zobaczyć, że jest ona dzielona na dwie części. Taka podwójna przyjemność, to jest to co lubię, tym bardziej, że samo jej działanie jest na miarę złota.


 Kula po zetknięciu z taflą wody zaczyna musować, rozpuszczać się. Podczas tego procesu zostają uwolnione wszystkie składniki, oraz wysuszone płatki róż, co sprawia ,że nawet zwykła kąpiel nabiera charakteru. Zapach jest cudowny, słodki, ale nie przesadzony. Pobudza zmysły i wprowadza w błogi stan relaksu. Po kąpieli skóra jest natłuszczona, ale kiedy osuszy się ją ręcznikiem nie zostawia żadnej nieprzyjemnej, tłustej powłoki. Jest to istny pielęgnacyjny raj. Małym nakładem naszej pracy mamy wszystko to, czego potrzebujemy - nawilżoną i odżywioną skórę.


Kosmetyki Biolove urzekły mnie na kilka sposobów. Przede wszystkim pragnę zwrócić uwagę na składy - krótkie i treściwe. Nie znajdziemy w nich parabenów, silikonów, konserwantów, barwników, sls, czy peg, jest w nich tylko to, co najbardziej nas interesuje, same aktywne składniki. Przekłada się to może na żywotność kosmetyków, gdyż mają nieco krótsze terminy ważności niż ich konkurenci, ale nie jest to żadnym problemem, bo spokojnie można je zużyć w zaleconym czasie.

Z tego co zauważyłam większość z posiadanych przeze  mnie kosmetyków oparta jest na maśle shea, które wspaniale odżywia skórę. Działanie każdego z nich zadowala mnie w 100%. Czuję się zachęcona do dalszego ich poznawania. Jest jednak jeden ogromny minus - dostępność. Można je kupić tylko i wyłącznie w stacjonarnym sklepie Kontigo, który znajduje się we Warszawie, oraz w najbliższej jej okolicy. Łącznie jest sześć takich sklepów. Żałuję ogromnie, że nie mogę wyjść do drogerii i ich nabyć. Zadowoliłby mnie nawet sklep internetowy, bo uważam, że marka jest tak wspaniała, że powinna być dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla mieszkańców stolicy. Mnie pozostaje czekać cierpliwie na następny wyjazd do Warszawy, chyba, że wcześniej uśmiechnę się do mojej Ewelinki, aby mi coś podesłała. Polecam, bo na prawdę warto.


Czytaj dalej »

20 czerwca 2016

Zapach orientu - krem do rąk Scandia Cosmetics z 25% masła shea. Nowość.

Kobiety od zawsze dbały o swoją urodę. Ta kwestia na przestrzeni lat nie uległa zmianie. Jedyne co się zmieniło to sposoby, dzięki którym można osiągnąć zamierzony efekt. Jeszcze w XIX wieku była moda na skórę jasną niczym płatek śniegu. Kobiety chodziły w rękawiczkach, bo opalenizna była uznawana za coś szpecącego. Aby dłonie miały nienaganny wygląd, ówczesne panie maczały je w olejku migdałowym, a te wyżej urodzone w różanym. Dzisiaj mamy dostęp do szerokiej gamy zabiegów, oraz kosmetyków, dzięki, którym w prosty i szybki sposób można pielęgnować tę część naszego ciała, która jest uznawana za jego wizytówkę. W dzisiejszym poście opowiem Wam o kremie do rąk marki Scandia Cosmetisc, który od miesiąca towarzyszy mi w mojej co wieczornej pielęgnacji.


Krem do rąk Scandia Cosmetics na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie jakby znajdował się w aluminiowej oprawie. Producent dołożył wszelkich starań, aby tak to wyglądało - to tylko taka stylizacja, gdyż opakowanie w całości jest plastikowe / wykonane z tworzywa. Grafika jest delikatna, listki nadają lekkości całemu opakowaniu. Mimo,że zajmuje ona jedynie 1/3 powierzchni, to znajdują się na niej wszystkie najistotniejsze informacje. Powtórzone są one także na kartonowym pudełku, które stanowi dodatkową ochronę dla 70ml tuby.


Producent obiecuje całodzienną pielęgnację suchej, zniszczonej i podrażnionej skóry rąk. Ma się ona łatwo rozprowadzać, a także nawilżać i regenerować skórę.


Skład jest bardzo dobry. Na uwagę zwraca fakt, że znajduje się w nim aż 25% masła shea, którego lista dobroczynnych działań jest bardzo długa. W kremie nie znajdziemy parabenów, które to wciąż budzą dużą kontrowersję wśród konsumentów.


Konsystencja tego białego kremu jest bardzo gęsta. Po nałożeniu odpowiedniej ilości na dłonie dawałam sobie czas na jego rozsmarowanie. Zauważyłam bowiem, że lepiej się on rozprowadza pod wpływem ciepła ciała. Jest to niezastąpiona metoda na każdy gęsty i treściwy krem - czas. Zapach rzeczywiście przywodzi na myśl jakieś orientalne klimaty. Mnie się on najbardziej kojarzy z kadzidełkami, choć z pewnością jest on nieco subtelniejszy. Pozostawał na rękach i towarzyszył mi przez długi czas, a przynajmniej do pierwszego mycia rąk.


Mój orientalny krem stosuje tyko i wyłącznie na wieczór. Pozostawia on po sobie tłustą powłoczkę, na którą nie mogę sobie pozwolić w ciągu dnia. Praca w księgarni mi na to nie pozwala. Na noc nakładam grubszą warstwę, która działa jak maska. Krem przynosi ulgę suchym dłoniom. Stają się one ukojone, poziom nawilżenia wzrasta. Nie ma suchych skórek, dłonie są w doskonałej kondycji. Krem otula je jak miękka kołderka i choć  jestem zwolenniczką szybko wchłaniających się kosmetyków, to akurat w tym przypadku jestem w stanie mu to wybaczyć. Masło shea, który stanowi 1/4 całego składu do najlżejszych nie należy, za to jego dobroczynne działanie jest widoczne gołym okiem. 


Orientalny krem marki Scandia Cosmetics jest w 100% produktem vegańskim i znajdują się w nim tylko składniki pochodzenia roślinnego. Stosuje go regularnie co wieczór od połowy maja i jak do tej pory zużyłam może połowę opakowania.  Jego cena to 22zł, a biorąc pod uwagę jego działanie i wydajność nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić Wam ten krem. Ja muszę pomyśleć nad jakimś zapasem na zimę,
Czytaj dalej »

13 czerwca 2016

Idzie lato, czas na nowe buty - Moje Nowe Buty.

Choć ostatnio tego nie widać, bo pogoda płata nam figle, to jednak lato zbliża się do nas wielkimi krokami. Czas się przygotować na jego nadejście. Odpowiednie obuwie to podstawa, bo nie wyobrażam sobie, aby chować stopy w trampki, dosyć siedziały w ukryciu. W tym sezonie stawiam na mocno odkryte stópki, a do tego najlepsze są japonki i sandały z cienkimi paseczkami. Oferta na rynku jest ogromna jednak tym razem zwróciłam uwagę na sklep o wielce wymownej nazwie Moje Nowe Buty i to właśnie w nim znalazłam perełki, w których mama zamiar śmigać przez cały sezon.


Bogata oferta sklepu sprawiła, że miałam duży problem z wyborem. Znalazłam jeden model, który wpadł mi w oko, później drugi i kolejny. Ach być kobietą, być kobietą... Ostatecznie zdecydowałam się na dwie pary nowego letniego obuwia.

Pierwsze z nich to sandałki Ipanema Philippe Starck Thing G. Piękny brzoskwiniowy kolor podeszwy i paseczki w kolorze smoke sprawiają, że sandały prezentują się fantastycznie. Całość wykonana jest z wysokogatunkowego tworzywa. Na początku martwiłam się, ze mogą powodować odparzenia, ale nic takiego nie miało miejsca.


Podeszwa jest mocna i dość gruba. Kamienie na drodze nie są przy niej straszne, bo nawet jak nadepniemy na jakiś, to nie będzie on wyczuwalny. Na podeszwie znajduje się także wskaźnik rozmiarów. Paseczki solidnie trzymają stopę i nie wrzynają się w nią. Ładnie wyglądają zarówno do sukienek jak i spodni. Ich koszt to 119zł, no ale cóż, za dobrą jakość się płaci.


Drugie buty, na które się skusiłam to Ipanema Philippe Starck Thing M. Są to klasyczne japonki w biało czarnej kolorystyce. Podobnie jak ich poprzedniczki, również i te wykonane są z tworzywa, mają solidną podeszwę i nadają nodze lekkości.


Podobają mi się te cienkie paseczki / rureczki. Dzięki nim nie musimy się martwić o to, czy na stopie będziemy mieć szerokie nieopalone pasy, co muszę przyznać, często mi się zdarzało. Te cieniutkie ślady wynikające z noszenia tych japonek  w ogóle nie rzucają się w oczy. Skóra może oddychać i karmić się witaminą D bez żadnych ograniczeń.


Latem japonki noszę dosłownie do wszystkiego - spodnie, spodenki, spódniczki, sukienki. Do każdego z tych strojów pasują i ładnie się prezentują. Najważniejsze, aby czuć się w nich dobrze, a co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Koszt tego modelu wynosi 99zł


Ciekawy i oryginalny design, solidne wykonanie i komfort noszenia sprawiają, że śmiało mogę Wam polecić te buty - Moje Nowe Buty.



Czytaj dalej »

9 czerwca 2016

Dermo Future kuracja liftingująca i modelująca biust

Peelingi i maseczki stosuję średnio raz/dwa razy w tygodniu. Używam osobnych do ciała, twarzy, dłoni, a nawet na stopy. Sądziłam, że mam wszystko czego potrzebuję i nic więcej mnie już nie zaskoczy. A jednak, myliłam się, bo od pewnego czasu można nabyć także peeling i maseczkę do... biustu. Marka Dermo Future nie przestaje mnie zadziwiać, a  ja głodna nowych wrażeń sięgnęłam po kurację liftingującą i modelującą biust.


Opakowanie to nic innego jak saszetka, dzielona na dwie części. W jednej z nich znajduje się peeling, a w drugiej maseczka. Każda z nich ma pojemność 12 ml. To naprawdę dużo. Mnie taka saszetka bez problemu wystarcza na dwie aplikację. Zacznijmy jednak od pierwszego etapu pielęgnacji, czyli od peelingu. Opis producenta jest obiecujący.


Peeling jest biały, ma kremową konsystencję, którą łatwo się rozsmarowuje. Zatopione są w nim sproszkowane nasiona moreli, które są delikatne zarówno do skóry biustu, jak i przede wszystkim dekoltu, gdzie skóra jest cienka i wymaga od nas szczególnej troski.


Masaż tym produktem jest przyjemny, nie powoduje zaczerwienień, czy podrażnień, tak jak w przypadku peelingów do ciała, które zdarza mi się używając do tych obszarów. Nie trzeba się martwić o intensywność dotyku, bo nawet mocno wmasowany nie zrobi nam krzywdy, a wręcz przeciwnie - dobrze wygładzi. Po jego użyciu skóra jest miękka, gładka i przyjemna w dotyku. Ma jednolity kolor i wygląda na wypoczętą.

Po zastosowaniu peelingu, którego działaniem było wygładzenie powierzchni skóry i tym samym ułatwienie przenikaniu przez jej powierzchnię składników aktywnych przychodzi czas na kolejny etap kuracji, którym jest zastosowanie maski liftingująco - podnoszącej biust.


Maska podobnie jak jej poprzednik jest w formie treściwego, białego kremu. Nakłada się go grubą warstwę i wmasowuje w dany obszar ciała, pozostawiając do wchłonięcia. Nie spłukuje się jej, nadmiar można bez problemu zdjąć używając w tym celu wacika.


Po kilku minutach wyczuwam ciepło w miejscu aplikacji. Delikatnie rozgrzana skóra sprawia wrażenie jakby pracowała. Czy liftinguje i modeluje biust? Zauważyłam zwiększenie napięcia skóry i wzrost nawilżenia, już samo to powoduje, że biust nieznacznie się unosi, a co za tym idzie lepiej się prezentuje. Nie są to jakieś spektakularne efekty, ale jednak widoczne.

Obydwa produkty mają ładne, jak dla mnie kwiatowe zapachy i można je nabyć w duecie za ok 5zł.
Czytaj dalej »

1 czerwca 2016

Tanie nie znaczy złe. Kosmetyki marki LA LUXE PARIS. Nowości.

Niedawno pokazywałam Wam na blogu dwa lakiery marki LA LUXE PARIS, które totalnie zaskoczyły mnie swoją trwałością i jakością. (Cały post na nich temat znajdziecie TUTAJ.) Idąc za ciosem postanowiłam pochwalić się Wam moją małą kolekcją kosmetyków tej marki, tym samym udowadniając Wam, że tanie nie znaczy złe.

Obojętnie czy wybieramy kosmetyki z wyższej czy niższej półki cenowej zawsze może zdarzyć się tak, że trafimy na bubla. No cóż ciężko każdemu dogodzić, bo przecież każda z nas ma swoje określone oczekiwania co do kolorówki, mamy różne typy cery i odmienne upodobania kolorystyczne. Pokażę Wam dziś piątkę kosmetyków, po które sama lubię sięgać, a których ceny nie są wygórowane, a są nimi podkład magical cover 104 nude, błyszczyk do ust nr 23, pogrubiający tusz do rzęs, korektor do brwi 3w1, oraz eyeliner. Za niewielkie pieniądze stworzysz przy ich pomocy cały makijaż i wierz mi będziesz z niego zadowolona.


LA LUXE PARIS MAGICAL COVER LONG LASTING MAKE UP 104 NUDE

Od czego zaczynamy cały makijaż? Poza nałożeniem kremów na twarz i pod oczy, oraz rozprowadzeniu bazy pierwszym kosmetykiem z kolorówki, po który sięgam jest oczywiście podkład.


Magical Cover mieści się w szklanym, 30ml opakowaniu z pompką. Szkło zawsze pięknie się prezentuje na toaletce i wydaje mi się, że nadaje kosmetykowi charakteru. Złota grafika przyciąga spojrzenie i sprawia wrażenie towaru luksusowego. Pompka to wynalazek wszechczasów, nie każdy podkład ją ma, a ja bardzo doceniam taką formę aplikacji. Nie dość, że jest wygodna, to higieniczna.


Mój kolor oznaczony jest numerem 104 nude. Podkład jest dość jasny (nie mylić z porcelanowym) i wpada w brzoskwiniowe tony. Obecnie, kiedy moja śniada cera załapała w biegu trochę słońca, jest on dla mnie o pół tonu za jasny. Ładnie przystosowuje się do karnacji, ale jednak widać by było niewielką różnicę między twarzą a dekoltem.

Ma on przyjemną konsystencję, która nie spływa z palców podczas aplikacji. Nie jest gęsty, ale do wodnitych też nie należy. Jego nakładanie to czysta przyjemność. Nie tworzy smug i plam. Krycie określiłabym na średnim poziomie - rumieńce na pewno się przez niego przebiją. Na twarzy wygląda naturalnie, więc nie musimy się obawiać efektu maski. Nie podkreśla zmarszczek i suchych skórek, nie wchodzi w załamania. Jedynie czego mogę się doczepić to kwestia matowienia. Po paru godzinach strefa T daję o sobie znać i zaczynam się świecić. Od tego są jednak pudry. Co do trwałości - jeśli nie mamy nawyku dotykania, pocierania twarzy, to podkład ten powinien dobrze się trzymać przez cały dzień.

LA LUXE PARIS 3D COLOUR FIX LIPGLASS NR 23

Według producenta "pielęgnuje i pokrywa usta intensywnym kolorem i zapewnia długotrwały, lustrzany blask".

Znajduje się on w podłużnym, walcowatym opakowaniu o pojemności 7.5ml. Jest ono przezroczyste i wykonane z mocnego plastiku. Aplikator jest w formie miękkiej, płaskiej gąbeczki, która precyzyjnie pokrywa usta kolorem.


Sam kolor nie jest intensywny. Ten, który ja posiadam (nr 23) jest półtransparentny, mimo, że w opakowaniu wygląda na odważny róż. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jak się prezentuje w rzeczywistości. Usta pokryte tym błyszczykiem wyglądają naturalnie, a zarazem dzięki połyskowi - kusząco.


3D coulour fix  oprócz tego, że ładnie wygląda, to również pielęgnuje usta. Wargi są nawilżone, bez śladu przesuszeń. Kosmetyk wytrzymuje na nich do pierwszego posiłku, siłą rzeczy podczas jedzenia znika.

LA LUXE PARIS EYEBROW CORRECTOR 3IN1

Korektor do brwi jest zupełną nowością w mojej kosmetyczce. Mam to szczęście, że z natury mam ciemne brwi, więc tylko raz na jakiś czas udawałam się do kosmetyczki na hennę. Lata regulacji jednak sprawiły, że stały się one nieco przerzedzone i tutaj z pomocą przychodzi nam ten świetny produkt - ma on "przyciemniać, nabłyszczać i optycznie regulować brwi".


Korektor do brwi znajduje się w opakowaniu, które kompletnie niczym się nie różni od opakowań wielu tuszy do rzęs. Jest ono podłużne i walcowate, a po odkręceniu naszym oczom ukazuje się szczoteczka. Gdyby nie grafika, która wskazuje do czego się używa ten kosmetyk, można by się było pomylić.


Korektor jest w formie dość rzadkiego, czarnego płynu/tuszu. Szczoteczka nie pozwala na przesadzenie z jego ilością, jedynie na końcówce zbiera się go więcej i za jej pomocą można precyzyjnie nałożyć go nawet w najwęższe miejsca łuku brwiowego.


 Po nałożeniu korektora na brwi potrzebuje on krótką chwilkę na wyschnięcie, jednak od razu po aplikacji widać już efekt jego działania. Włoski stają się przyciemnione, łuk brwiowy jest mocniej zarysowany. Miejsca, które są przerzedzone stają się wypełnione/zabarwione, dzięki czemu ten problem optycznie nie rzuca się w oczy. Korektor rzeczywiście nabłyszcza brwi, które prezentują się genialnie. Bardzo się cieszę, że trafiłam na ten produkt, bo stał się on moim ulubieńcem. Z nim żadna henna nie jest potrzebna.

LA LUXE PARIS LIQUID PRECISION EYELINER

Eyelinerów testowałam w swoim życiu już dużo od tych z aplikatorami, po żelowe i te w pisaku. Jak się domyślacie nie ze wszystkich byłam zadowolona. Moje opadające powieki nie pozwalają na wyrysowanie grubych kresek, bo automatycznie wyglądałabym tak, jakbym miała całe czarne oko. Trochę trzeba się napracować, ale nawet przy takim problemie można sobie dać radę.


Eyeliner znajduje się w maleńkim opakowaniu. Błyszcząca czerń i złote napisy, jak również elementy zdobień sprawiają, że opakowanie wygląda rewelacyjnie. Nakrętka od aplikatora jest cienka i podłużna, z łatwością można ją odkręcać i trzymać w dłoni.


Kosmetyk ten jest kruczoczarny. Aplikator jest w formie sztywnej gąbeczki, która wygląda podobnie jak ta znajdująca się w pisakach. W zależności od siły nacisku, oraz kąta malowania można zrobić nim kreski od cienkiej do grubej. Po wyrysowaniu kreski muszę odczekać parę sekund do jego całkowitego wyschnięcia. Mając opadające powieki, muszę robić tak niemalże z każdym tego typu produktem, więc to nie jest dla mnie żadna nowość.

W ciągu dnia liquid precision eyeliner spisał się bardzo dobrze. W nienaruszonym stanie przetrwał calusieńki dzień, przy czym nie pękał, nie rozmazywał się i nie osypywał. Nie jest wodoodporny, ale tego już producent nie obiecywał.

LA LUXE PARIS VOLUME EXPERT MASCARA

Tusz do rzęs jest zwieńczeniem makijażu oka. To on sprawia, że rzęsy wyglądają zalotnie unoszą się, pogrubiają czy podkręcają. Ten sygnowany marką LA LUXE PARIS jest umieszczony w 10ml opakowaniu o pięknym żółtym kolorze. Nie sposób zgubić go w torebce, gdyż jego barwa przyciąga wzrok jak magnez.

Produkt ten posiada sylikonową szczoteczkę, która ładnie rozdziela włoski. Czarny kolor idealnie je podkreśla. Stopień pogrubienia rzęs zależy od tego ile warstw tuszu nałożymy, przy czym przy jednej warstwie rzęsy będą wyglądać bardziej naturalnie, przy każdej kolejnej pogrubienie będzie większe, ale istnieje ryzyko sklejenia rzęs i zobaczenia efekty owadzich nóżek, czego nie polecam.


Na rzęsach przetrwał cały dzień, jednak zaważyłam, że podczas dużych upałów zaczął się on nieco z nich osypywać. Nie rozmazywał się, tylko delikatnie kruszył. Wina może leżeć też po mojej stronie, gdyż mam tendencję do pocierania oczu od słońca. Niemniej jednak jestem z niego zadowolona.



Kosmetyki marki LA LUXE PARIS w mojej ocenie wypadły dobrze. Szczególnie upodobałam sobie korektor do brwi i eyeliner, bez których nie wyobraża sobie makijażu oka.
Czytaj dalej »