30 lipca 2016

Cała prawda o przeszczepie włosów. Na czym polega

Włosy są naszą ozdobą, są także oznaką zdrowia, witalności. Długie, zadbane i gęste kosmyki wyglądają cudownie i przyprawiają o ataki zazdrości niejedną z nas. Gro kobiet zmaga się niestety z ich kiepskim wyglądem. Nie napiszę tutaj o mężczyznach, bo choć nie jesteśmy osamotnione z tym problemem, to jednak  krótkie włosy, lub ich brak jakoś naturalnie pasują przeciwnej płci. Nikt nie zwróci uwagi na łysego faceta, bo przecież mnóstwo z nich preferuje taki wygląd i jest to na porządku dziennym. Łysiejąca kobieta natomiast przyciągnie wzrok każdego.


Kiedyś miałaś bujną czuprynę, ale nadszedł taki moment w Twoim życiu kiedy, to, co najbardziej w sobie lubiłaś, co tak starannie pielęgnowałaś zaczyna znikać w zastraszającym tempie. Robisz badania, idziesz do lekarza, przyjmujesz suplementy, używasz odpowiednich dla siebie kosmetyków pielęgnacyjnych i kiedy nie widzisz efektów zaczynasz zastanawiać się co dalej? Co zrobić, aby włosy zdobiły, a nie szpeciły? Jakie kroki podjąć, aby móc się nimi cieszyć jeszcze długie lata?

Coraz więcej osób w powyższych sytuacjach decyduje się na przeszczep włosów. Brzmi to strasznie, ale daje rzeczywiste efekty, które podnoszą naszą wartość i wiarę w siebie, bo zapewne straciłaś je razem z włosami.

Mimo, że chirurgia plastyczna jest obecnie bardzo popularna i cały czas udoskonalana, to jednak nawet najwybitniejsi lekarze musieli się kiedyś wszystkiego nauczyć. Pierwsze próby przeszczepu owłosienia poczynione zostały już w XVII wieku, ale dopiero  w XIX udało się to zrobić japońskim lekarzom. Wówczas przeszczepiano płaty skóry o średnicy 4-5mm, co dawało efekt włosów na głowie lalki.

W następnych latach technikę tę wciąż udoskonalano, i tak powstała technika FUT, a później FUE. Ta pierwsza przeprowadzana była w znieczuleniu ogólnym i polegała na pobraniu wycinka skóry i odseparowaniu z niego zespołów mieszków włosowych. Jej wadą były blizny i obciążenie zdrowotne jakie niesie ze sobą zastosowanie powyższego znieczulenia.
Metoda FUE nie pozostawia po sobie blizn, a sam zabieg wykonywany jest w znieczuleniu miejscowym. Polega on na pobraniu mieszków włosowych z okolicy dawczej i przeniesienie ich do okolicy biorczej.

Z biegiem lat technologia posuwała się do przodu i tak powstała metoda S.A.F.E.R, w której za pomocą specjalnego urządzenia pobiera się mieszki włosowe. Nakłucie sztancą, w porównaniu do starszych metod jest płytkie, gdyż wynosi ono jedynie 1mm (wcześniej było to aż 5-6mm). Pobrane unity, za pomocą podciśnienia wędrują do specjalnej komory, a z niej przenoszone są na wilgotne waciki, gdzie czekają bezpecznie na transplantację. Następnie za pomocą podciśnienia pobierany jest ponownie do urządzenia i umieszczany w nakłuciu na skórze. Zabieg ten nie wymaga rekonwalestencji i nie pozostawia po sobie blizn. jedyne co trzeba zrobić przed jego wykonaniem, to obcięcie kosmyków w okolicy dawczej. W związku z tym, że włos rośnie 1cm w miesiącu,najlepszy efekt można obserwować już po pół roku od przeszczepu.

Koszt transplantacji w Polsce waha się w granicach 2800 - 11000. Po więcej informacji zapraszam na stronę tourmedica.pl
Czytaj dalej »

19 lipca 2016

Lista urodzinowych pragnień

Zaledwie wczoraj, 17 lipca obchodziłam swoje urodziny. Nie był to zwykły dzień, bo choć nie przykładam wielkiej wagi do moich małych osobistych świąt, to jednak ta trzydziestka nie pozwalała mi spać po nocach. Nie napiszę, że czekałam na nie rok, bo przecież urodziny są cyklicznym świętem każdego z nas, ja czekałam na nie trzydzieści lat. Pierwszymi ważnymi dla mnie urodzinami była oczywiście moja osiemnastka, która kojarzy się z wkroczeniem w dorosłość, dowodem osobistym, maturą... Po dwunastu latach przyszedł czas na kolejne istotne, bo okrągłe urodziny. Dziś podzielę się z Wami listą moich urodzinowych pragnień, bo przecież fajnie jest dostawać trafione i upragnione prezenty. Na szczęście marzenia nic nie kosztują.


Po szkoleniu z Indigo Nails kompletnie się rozkochałam w hybrydach. Dziewczyny zaraziły mnie swoją pasją do tego stopnia, że po powrocie do domu miałam ochotę robić to cały czas. Bardzo podobają mi się produkty tej marki i marzy mi się ich wielki zestaw. Znalazła by się w nim lampa, na której się szkoliłam, wszystkie cleanery, bazy, topy, lakiery, moje ukochane neonki, folie, syrenki, sugary, glittery, metal manix, holo, pilniki, kopytko, zestaw nailart penów, farbki akrylowe, szablony do przedłużania paznokci.... jestem tak oczarowana marką, że chciałabym wszystko.


Nowy laptop to mój must have. Mój staruszek Asus służy mi wiernie już kilka lat i teraz nadszedł czas na zmianę, Jako, że jestem bardzo zadowolona z pracy na nim, poszukałam sobie jego młodszą wersję Asus UX305CA. Smukły ultrabook w pięknej formie zdawałby się mieć wszystko czego potrzebuję. Zakochałam się w kolorze białym.


Nic nie jest w stanie zastąpić książek, ich zapachu, szelestu przewracanych stron. Występują jednak sytuacje, w których ulubiony egzemplarz bardzo nam ciąży. Mowa tu o podróżach,  i ograniczonym miejsc w walizce. Nie ukrywajmy - książka swoją wagę ma, odczułam to wielokrotnie pakując walizkę. W takich wypadkach najlepszym rozwiązaniem były czytnik ebook'ów. Posiadanie go bardzo ułatwiło by mi życie podczas podróży tych małych i dużych. Bez dobrej lektury nigdzie się nie ruszam.



Praca po kilka godzin dziennie na nogach jest bardzo męcząca. Wracam do domu z obolałymi i opuchniętymi nogami i jedyne o czym marzę to usiąść choć na chwilę, nic nie robić i  oddać się relaksacyjnemu masażowi. Taki reset jest dobry na wszystko. Świetnym rozwiązaniem byłby dla mnie masażer do stóp i łydek exclusive silver nano. Marzę o nim skrycie i wierzę, że pomógłby mi się podnieść po ciężkim dniu, oraz przywróciłby moim zmęczonym nogom komfort. Drugim wybranym przeze mnie sprzętem jest masażer do stóp Gaja. Oj chętnie odprężyłabym się dzięki masażowi. Oba te sprzęty wydają się być fantastycznym rozwiązaniem moich problemów. Ostatnim z nich jest mechaniczny masażer wodny, który przydałby się również w przygotowaniu stóp do pedicure.

Wyciskarka do owoców i warzyw to urządzenie, który powinna mieć każda kobieta dbająca o zdrowie. W szybki sposób pozwala na przygotowanie fantastycznych i smacznych koktajli. Markę Gotie poleciła mi przyjaciółka. Miałam okazję widzieć jak pracuje ten sprzęt i muszę przyznać, że znakomicie radzi sobie zarówno z owocami jak i warzywami. Tego właśnie szukam.

Falownica/karbownica - zwał jak zwał, jednak każda z nas czasem potrzebuje zmienić swój image, a ten sprzęt byłby fajnym urozmaiceniem dla każdej czupryny.


Wczasy w górach - ostatni raz byłam tam jakoś na początku gimnazjum, czyli całe wieki temu. Kocham te piękne krajobrazy, wędrówki i lokalne przysmaki. Tęsknię za tym i bardzo chciałabym tam wrócić, choć na kilka dni.


Od pewnego czasu moje myśli krążą wokół toaletki. Pokochałam białe meble i szkoda, że miłość ta nie rozkwitła kilka lat temu, kiedy urządzałam swoją sypialnię. Wyglądałaby wówczas zupełnie inaczej. Toaletka byłaby moim małym miejscem kosmetycznych zabaw.

Kuferek kosmetyczny byłby idealnym miejscem na wszystkie akcesoria do stylizacji paznokci.


Euphoria Calvina Kleina - zapach, który chodzi za mną już dłuższy czas. Otacza mnie ze wszystkich stron i odnoszę wrażenie, ze czuję go wszędzie. Może jak w końcu znajdzie się u mnie to skończy się moja obsesja? A może właśnie wtedy przepadnę na amen? Chętnie się o tym przekonam.




Pisząc o toaletce nie mogę zapomnieć o odpowiednich pojemnikach na moje małe cudeńka. Akrylowe komódki zachwycają mnie swoim minimalizmem, perfekcją wykonania. To, że są przezroczyste jest dodatkowym plusem, lubię mieć wszystko na oku. Żałuję ogromnie, że tak trudno je dostać. Znalazłam dwa sklepy, w których są dostępne - glam shop i muji.  Wszystkie warianty bardzo mi się podobają.

Od dawna obserwuję markę Lily Lolo i nie ukrywam, że niesamowicie mnie ona ciekawi. Naturalne składy, piękne minimalistyczne opakowania.. Kosmetyki te wyglądają cudownie i wiele dobrego się o nich naczytałam.


Kolejną marką, o której sporo czytałam jest Vita Liberata - kosmetyki, które nie dość, że pielęgnują skórę, to jeszcze nadają jej piękną opaleniznę. Będąc całymi dniami w pracy, o słońcu mogę pomarzyć. Te kosmetyki, to ciekawa alternatywa i sposób, aby nie wyróżniać się latem z tłumu wyglądając jak gejsza.

Paleta róży z Too Faced kupiła mnie swoim uroczym designem i możliwością doboru odpowiedniego koloru różu do każdej okazji i pory roku. Jest po prostu piękna, a że kocham się w różach, to nie może jej zabraknąć w mojej kosmetyczce.
Rituals - marka ta wyryła mi się w pamięci dzięki mojej kochanej Hani, która notabene nie pozwala mi o niej zapomnieć. Ogromnie jestem jej ciekawa. Zapraszam Was do sklepu hania.com.pl, gdzie widziałam cudowne zestawy.

 Tak się prezentuje część z mojej górnolotnej listy pragnień. W tym miesiącu obchodzę również imieniny, więc już za tydzień czeka na mnie tak ważna dla mnie podwójna uroczystość, którą spędzę z najważniejszymi osobami w moim życiu. Mam nadzieję, że choć kilka rzeczy z mojej listy upragnionych prezentów uda się zrealizować, bo ja na pewno będę to robiła sukcesywnie.

*zdjęcia nie są moją własnością, pochodzą z internetu.

Czytaj dalej »

12 lipca 2016

Niespodzianka od Lirene. Nowości marki.

Niespodzianki - któż z nas nie lubi ich dostawać? Osobiście nie znam osoby, która nie uśmiechnęła by się na ich widok. To co niespodziewane jest niezwykle miłe i mimo, że niektórzy twierdzą, że za nimi nie przepadają, to jednak ich reakcja mówi sama za siebie. Ja sama uwielbiam takie spontaniczne gesty. Upominki, które nie są zapowiedziane mają w sobie ogromny urok, a główną rolę gra w takiej sytuacji element zaskoczenia. Kilka razy do roku, podczas różnych świąt, gdzieś tam z tyłu głowy krąży myśl - jest gwiazdka, wielkanoc będą prezenty, urodziny, imieniny, to samo.. Niespodzianki mają to do siebie, że potrafią osłodzić nam dzień jak miód herbatę. To taka ich magia, że nawet podły nastrój potrafią zmienić w coś wyjątkowego. Ostatnio taką niespodziankę sprawiła mi marka Lirene i dziś z dumą się ją Wam pochwalę.


Kiedy przyjechał do mnie kurier szybko zaczęłam sobie analizować listę zrobionych w ostatnim czasie internetowych zakupów. Doszłam do wniosku, że to, co zamawiałam mam już fizycznie w domu, dlatego z nieukrywaną ciekawością zaglądałam do tej przesyłki. Okazało się, że kochane panie z zespołu Lirene postanowiły sprawić mi przyjemność i przesłać torbę kosmetycznych nowości marki. Po ciężkim dniu w pracy, taki gest był lekiem na całe zło. Dziękuję!


W mojej tajemniczej paczuszce znalazły się trzy kosmetyki kąpielowe. Bardzo mnie to cieszy, gdyż zużywam je w zastraszającym tempie. Wśród nich mam aż dwa balsamy pod prysznic. Pierwszy z nich ma dawać efekt skóry muśniętej słońcem. Nie spotkałam się nigdy z samoopalającym balsamem pod prysznic i jestem go bardzo ciekawa, gdyż całe dnie spędzam w pracy i jedynie w weekendy mogłabym się cieszyć ze słońca, a tego jak sami wiecie jest ostatnio bardzo mało. Może to być fajna alternatywa dla zabieganych osób, których codzienne obowiązki zawodowe nie pozwalają na korzystaniu z uroków lata do woli.

Kolejny produkt to wygładzający balsam pod prysznic egzotyczna orchidea - sama idea stworzenia produktu, który jednocześnie oczyszczałby i pielęgnował skórę bardzo mi odpowiada. Jestem niedowiarkiem i nigdy nie skusiłam na tego typu kosmetyki. Teraz z chęcią się przekonam czy warto w nie inwestować.

Perłowy żel pod prysznic azjatycki lotos - jest to produkt, którego w mojej łazience nigdy nie może zabraknąć. Uwielbiam sobie umilać kąpiel różnymi perełkami - sole, kule, olejki to moje chciejstwa, z których lubię korzystać,  ale mydła i żele z oczywistych powodów są prawdziwym must have.


W kolejnej odsłonie kosmetycznych nowości Lirene postanowiło zadbać o skórę całego mojego ciała ze szczególnym uwzględnieniem problematycznych miejsc. Służyć ma do tego ujędrniający lifting, występujący w formie skoncentrowanego napinająco - ujędrniającego żelu. Opis producenta jest bardzo zachęcający. Wspomina on bowiem o redukcji cellulitu i zmniejszenia tkanki tłuszczowej. Brzmi ciekawie, a jak będzie faktycznie? Przekonam się o tym niebawem.

Dwufazowy płyn do demakijażu oczu  - kosmetyk, który wzbudził moją ciekawość już podczas konferencji Meet Beauty. Dzięki naturalnemu kompleksowi ma on intensywnie pielęgnować, a nawet wydłużać rzęsy.

Serię kosmetyków pielęgnacyjnych zamyka odżywczy krem z witaminą D proVita D age modelator. Długotrwałe nawilżenie, poprawa elastyczności i kolorytu skóry to efekty, które chciałabym z jego pomocą osiągnąć.


 To jeszcze nie koniec niespodzianek, bowiem zespół marki Lirene zadbał również o to, aby wychodząc do pracy wyglądała jak człowiek. W mojej paczuszce znalazły się wiec dwa kosmetyki do makijażu.

Shiny touch hydra block - fliud, który zdaje się być idealny na tą porę roku. Ma on bowiem rozświetlać, intensywnie nawilżać i dzięki zawartym w nim filtrom UVB także blokować promienie słoneczne.

Mineralny puder matujący City Matt - oj o nim szumią internety. W szybki sposób (wraz z rozświetlaczem i bronzerem) stał się on produktem kultowym.



Dziękuję marce Lirene za wspaniałą niespodziankę. Myślę, że umili mi ona niejedną chwilę, a o moich wrażeniach będziecie mogli przeczytać za jakiś czas na łamach tego bloga. Czy jest coś co szczególnie wzbudziło Wasze zainteresowanie?

Czytaj dalej »

26 czerwca 2016

Moje Biolove - 100% naturana pielęgnacja

Będąc u przyjaciółki w Warszawie miałam możliwość poznania marki Biolove. Ewelina z takim zapałem opowiadała mi o niej, że wzbudziła we mnie prawdziwą chęć ich posiadania. Kiedy zobaczyłam jej bogatą kolekcje, powąchałam każdy z kosmetyków i zapoznałam się ze składami, stwierdziłam, że warto w nie zainwestować. Krótko po mojej decyzji piątka wspaniałych znalazła wygodne i stałe miejsce w mojej łazience. Dzisiejszy post w całości poświęcam naturalnej pielęgnacji. Znajdziecie w nim coś dla zwolenników kawy, kokosa i mango, a także dla tych co kochają zmysłowe uniesienia podczas masażu, jak i dla totalnych pielęgnacyjnych leniuszków. Brzmi ciekawie? Bo tak właśnie jest. Zapraszam dalej...


KAWOWY PEELING DO CIAŁA

To prawdziwa gratka dla zwolenników i smakoszy kawy. Niestety ja do nich nie należę. Nie piję tego trunku, gdyż zwyczajnie go nie lubię i źle się po nim czuję. Serce wali mi po nim jak szalone, a jako sercowiec muszę na nie uważać. Tyle na temat samego napoju. Pewnie nie zdziwi Was fakt, że troszkę z dystansem podeszłam do testowania tego peelingu? Moje uprzedzenia szybko jednak zniknęły, wystarczyło jedno jego użycie.


Peeling kawowy otrzymujemy w wypełnionym po brzegi plastikowym słoiczku o pojemności 100g. Pojemność ta nie jest duża i spodziewałam się, że szybko on zniknie, ale muszę przyznać, że wydajność ma on na dobrym poziomie. Używam go już od 3 tygodni i nadal mogę się cieszyć z jego obecności.


Skład zwala z nóg - znajdują się w nim tylko i wyłącznie naturalne składniki - cukier, masło shea, olej macadamia, kawa, ekologiczny olej kokosowy, witamina E. Na końcu znajdziemy substancję zapachową.


Zaglądając do opakowania zdawać by się mogło, że jest on koloru brązowego. Uwarunkowane jest to obecnością dużej ilości kawy. Podczas rozprowadzania go po powierzchni ciała wyraźnie widać w nim biało-przezroczyste drobinki cukru, brązowe kawy, czuć obecność olejków, które tworzą nieco tłusty film. Jeśli było coś, o co się martwiłam, to był zapach. Nie trudno się domyśleć jaką ma woń, ale jest ona subtelna, przypomina mi raczej cukierki kawowe, którymi niegdyś się zajadałam, niż sam gorący napój.


Peeling nakładam na czyste i wilgotne ciało, po czym okrężnymi ruchami wykonywałam nim masaż. Znajdujące się w nim drobinki nie są ostre, ale jednak wyczuwalne. Sam zabieg jest bardzo przyjemny. Zapach kawy pobudza, a masaż relaksuje. Oczywiście plusów jest więcej, bo pozbywamy się zrogowaciałej warstwy naskórka, dzięki czemu skóra staje się gładka. Po wyjściu z kąpieli NIE trzeba nakładać dodatkowo innych produktów pielęgnacyjnych. Masło shea, oraz olejki sprawiają, że skóra staje się nawilżona i odżywiona, a subtelna woń kawy towarzyszy nam przez długi czas. Skóra po osuszeniu ręcznikiem nie jest tłusta i można od razu się ubierać. Uwielbiam ten efekt. Kto by pomyślał, że nie będąc zwolenniczką kawy w wersji pitnej, stanie się wielbicielką kawy w kosmetykach. No cóż, cuda się zdarzają.

Cena : 19,50zł

MUS DO CIAŁA MANGO

Tak jak peeling stosuje raz,dwa razy w tygodniu, tak mus do ciała używałam niemalże codziennie. Przez prawie trzy tygodnie stanowił ważną część mojej pielęgnacji i sprawił, że przepadłam na amen.


Opakowanie musu różni się od peelingu jedynie pojemnością - 150g, całość zachowana jest w tym samym klimacie, zrobiona z tych samych materiałów, tylko grafika przypomina jaka nuta zapachowa będzie nam towarzyszyć.


Poniżej przedstawiam Wam skład. Tak jak w przypadku peelingu na pierwszym miejscu jest masło shea, olej macadamia i wiele innych dobrych składników. Troszkę wyżej niż w przypadku peelingu mamy perfum, ale nie jest to znacząca różnica, bo i tak znajduje się on nisko w tym krótkim i treściwym składzie.

Mus do ciała ma przepiękny iście owocowy zapach. Za każdym razem kiedy odkręcam słoiczek, czuję się tak jakbym przekroiła owoc mango na pół. W zapachu nie ma ani krzty chemii i głodnieje przy każdym jego użyciu. Zmysły szaleją, a ja szukam owocowej przekąski.

Konsystencja tego kosmetyku jest bardzo puszysta, ale po zetknięciu z ciałem i pod wpływem jego ciepła zamienia się on w olejek. Rozsmarowuje się bardzo dobrze, ale na całkowite wchłonięcie należy poczekać kilka dobrych minut. Do tego czasu towarzyszy nam jego nieco tłusta powłoka. Z tego powodu stosuje go tylko na wieczór, aby zapewnić sobie potężną dawkę regeneracji. Po wchłonięciu zapach mango gdzieś ucieka, a na jego miejsce wybija się woń masła shea.


Początkowo stosowałam ten mus codziennie. Szybko jednak zauważyłam, że nie ma takiej potrzeby. Skóra jeszcze na drugi dzień była nawilżona, odżywiona i miękka, bez śladu suchych skórek. W tej chwili stosuje go w razie potrzeby. Jest to także mój niezbędnik S.O.S w razie przedawkowania promieni słonecznych. Mimo niewielkich rozmiarów jest on dość wydajny, a to wszystko za sprawą puszystej konsystencji, która zmienia swe właściwości po kontakcie z naszym ciałem.

Cena: 24.99zł

NIERAFINOWANY OLEJ KOKOSOWY

Podobno jak coś nadaje się do wszystkiego jest do niczego. W przypadku oleju kokosowego, to stwierdzenie byłoby wysoce nie na miejscu. Jest to jeden z nielicznych produktów, które czarują swoją wszechstronnością i rzeczywiście działają.


Nierafinowany olej kokosowy Biolove otrzymujemy w 100g opakowaniu. Nie będę o nim pisała dużo, gdyż stylistyka jest taka sama jak w przypadku kosmetyków, o których pisałam powyżej.


Skład to oczywiście bajka - jeden składnik - olej kokosowy i tyle. Żadnych konserwantów i innych świnstw. Ten produkt broni się sam.


Olej ma postać stałą, dopiero po rozgrzaniu w dłoniach zmienia się w ciecz. Wysoka temperatura, która ostatnio towarzyszy nam na co dzień, sprawiła, że nie musiałam go dodatkowo rozgrzewać, gdyż pod wpływem ciepła otoczenia sam zmienił swą postać.


Olej kokosowy wypróbowałam na trzy sposoby. Użyłam go zarówno do twarzy, ciała i włosów. Stosowany jest on również jako dodatek do różnych potraw, ale mnie było go zwyczajnie szkoda zjadać. Pachnie on kokosowo, jakby miało się przed nosem otwartą paczuszkę z wiórkami. Przyjemnie i subtelnie.

Polubiłam go stosować na twarz po peelingu i maseczce. Wcześniej używałam oleju arganowego, ale ten okazał się świetnym zastępstwem. Nie nakładam go dużo. Skóra i tak wypije tylko tyle ile sama będzie potrzebować, a reszta zostałaby na twarzy w postaci tłustej warstwy. Grunt to umiar, a wierzcie mi, że wystarczy jego niewielka ilość, by poczuć jego działanie i nie świecić się jak neony w Las Vegas. Podobnie jest z ciałem - umiar przede wszystkim, ale działanie jakie można zaobserwować budzi respekt. Skóra staje się odżywiona, miękka, gładka, przyjemna w dotyku i oczywiście smacznie pachnąca.

Użyłam go również do włosów i muszę stwierdzić, że działa on cuda. Moje zniszczone i przesuszone kosmyki nabierają zdrowego blasku, są sypkie i lejące, a zarazem miękkie i miłe w dotyku. Kocham ten efekt!

Cena 19.99zł


ŚWIECZKA DO MASAŻU POMARAŃCZA Z WANILIĄ

To był mój debiut. Co prawda słyszałam o takich cudach jak świece do masażu, aczkolwiek nigdy ich nie miałam. Trudno było mi sobie wyobrazić obsługę tejże świecy i jej działanie. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, a tak naprawdę wystarczyło przeczytać, co producent napisał na spodzie opakowania.


Poruszając kwestię opakowania napiszę jedynie tyle, że mieści on 150g świecy. Po resztę informacji odsyłam do wcześniejszych recenzji.


Co takiego wyczytałam z opisu producenta? Oprócz spodziewanego działania, znalazłam tam dokładny sposób jej zastosowania. Przyznaję, rozbudza on wyobraźnię.

Skład jest fantastyczny - cała świeca zrobiona jest na bazie masła shea i olejku kokosowego.


Pierwszy raz użyłam go według wskazówek producenta. Uwielbiam kąpiel przy świecach - są to jedyne chwilę dla mnie. Te dwadzieścia minut dziennie musi wystarczyć by naładować akumulatory. Bez męża, bez dziecka, tylko ja, świece i wanna pełna piany - uwielbiam.

Sama świeca jest koloru kremowego. Wystarczy odkręcić wieczko, by upajać się jej intensywnym zapachem. Wyraźnie czuć w nim pomarańcze, wanilia na szczęście została tu przez nie stłumiona i jest na drugim planie. Cieszę się z tego powodu, bo wanilia w dotychczas używanych przeze mnie kosmetykach była dla mnie zbyt ciężka. Nie przepadam za takimi zapachami. Za to pomarańczę w kosmetykach uwielbiam.


Świeca zapala się bez jakichkolwiek problemów, a po chwili w pomieszczeniu unosi się subtelna słodko-orzeźwiająca woń. Świeca wytapia się na tyle na ile jej na to pozwolimy. Zapalimy ją na chwilę, to po użyciu zrobi nam się w środku dziura. Kiedy pozwolimy jej się palić dłużej, by cała tafla mogła się stopić, to po wybraniu odpowiedniej ilości produktu jej poziom się wyrówna.


Pod wpływem ciepła kosmetyk się topi i po zgaszeniu możemy go nakładać na skórę. Trzeba jednak uważać, bo w momencie zgaszenia jest on na prawdę gorący. Rozprowadza się bardzo dobrze, zupełnie jak olejek, ale na wchłonięcie trzeba trochę poczekać. Na wieczór jest jednak idealny.Odżywia, regeneruje, wygładza i nawilża skórę.


 Jest to także produkt idealny na spędzenie romantycznego wieczoru z drugą połówką. Podczas masażu produkt się nie roluje, a doznania są oczywiście o niebo lepsze niż podczas samodzielnego nakładania kosmetyku.

Cena: 19.99zł

KULA DO KĄPIELI PIŻMO

Jest to idealny produkt dla totalnych pielęgnacyjnych leniuszków, ale także dla kobiet, które uwielbiają się zrelaksować we wannie.

Kula zapakowana jest w przezroczystą, sztywną folię, na której umieszczona jest etykieta. Dopiero po rozpakowaniu można zobaczyć, że jest ona dzielona na dwie części. Taka podwójna przyjemność, to jest to co lubię, tym bardziej, że samo jej działanie jest na miarę złota.


 Kula po zetknięciu z taflą wody zaczyna musować, rozpuszczać się. Podczas tego procesu zostają uwolnione wszystkie składniki, oraz wysuszone płatki róż, co sprawia ,że nawet zwykła kąpiel nabiera charakteru. Zapach jest cudowny, słodki, ale nie przesadzony. Pobudza zmysły i wprowadza w błogi stan relaksu. Po kąpieli skóra jest natłuszczona, ale kiedy osuszy się ją ręcznikiem nie zostawia żadnej nieprzyjemnej, tłustej powłoki. Jest to istny pielęgnacyjny raj. Małym nakładem naszej pracy mamy wszystko to, czego potrzebujemy - nawilżoną i odżywioną skórę.


Kosmetyki Biolove urzekły mnie na kilka sposobów. Przede wszystkim pragnę zwrócić uwagę na składy - krótkie i treściwe. Nie znajdziemy w nich parabenów, silikonów, konserwantów, barwników, sls, czy peg, jest w nich tylko to, co najbardziej nas interesuje, same aktywne składniki. Przekłada się to może na żywotność kosmetyków, gdyż mają nieco krótsze terminy ważności niż ich konkurenci, ale nie jest to żadnym problemem, bo spokojnie można je zużyć w zaleconym czasie.

Z tego co zauważyłam większość z posiadanych przeze  mnie kosmetyków oparta jest na maśle shea, które wspaniale odżywia skórę. Działanie każdego z nich zadowala mnie w 100%. Czuję się zachęcona do dalszego ich poznawania. Jest jednak jeden ogromny minus - dostępność. Można je kupić tylko i wyłącznie w stacjonarnym sklepie Kontigo, który znajduje się we Warszawie, oraz w najbliższej jej okolicy. Łącznie jest sześć takich sklepów. Żałuję ogromnie, że nie mogę wyjść do drogerii i ich nabyć. Zadowoliłby mnie nawet sklep internetowy, bo uważam, że marka jest tak wspaniała, że powinna być dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla mieszkańców stolicy. Mnie pozostaje czekać cierpliwie na następny wyjazd do Warszawy, chyba, że wcześniej uśmiechnę się do mojej Ewelinki, aby mi coś podesłała. Polecam, bo na prawdę warto.


Czytaj dalej »

20 czerwca 2016

Zapach orientu - krem do rąk Scandia Cosmetics z 25% masła shea. Nowość.

Kobiety od zawsze dbały o swoją urodę. Ta kwestia na przestrzeni lat nie uległa zmianie. Jedyne co się zmieniło to sposoby, dzięki którym można osiągnąć zamierzony efekt. Jeszcze w XIX wieku była moda na skórę jasną niczym płatek śniegu. Kobiety chodziły w rękawiczkach, bo opalenizna była uznawana za coś szpecącego. Aby dłonie miały nienaganny wygląd, ówczesne panie maczały je w olejku migdałowym, a te wyżej urodzone w różanym. Dzisiaj mamy dostęp do szerokiej gamy zabiegów, oraz kosmetyków, dzięki, którym w prosty i szybki sposób można pielęgnować tę część naszego ciała, która jest uznawana za jego wizytówkę. W dzisiejszym poście opowiem Wam o kremie do rąk marki Scandia Cosmetisc, który od miesiąca towarzyszy mi w mojej co wieczornej pielęgnacji.


Krem do rąk Scandia Cosmetics na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie jakby znajdował się w aluminiowej oprawie. Producent dołożył wszelkich starań, aby tak to wyglądało - to tylko taka stylizacja, gdyż opakowanie w całości jest plastikowe / wykonane z tworzywa. Grafika jest delikatna, listki nadają lekkości całemu opakowaniu. Mimo,że zajmuje ona jedynie 1/3 powierzchni, to znajdują się na niej wszystkie najistotniejsze informacje. Powtórzone są one także na kartonowym pudełku, które stanowi dodatkową ochronę dla 70ml tuby.


Producent obiecuje całodzienną pielęgnację suchej, zniszczonej i podrażnionej skóry rąk. Ma się ona łatwo rozprowadzać, a także nawilżać i regenerować skórę.


Skład jest bardzo dobry. Na uwagę zwraca fakt, że znajduje się w nim aż 25% masła shea, którego lista dobroczynnych działań jest bardzo długa. W kremie nie znajdziemy parabenów, które to wciąż budzą dużą kontrowersję wśród konsumentów.


Konsystencja tego białego kremu jest bardzo gęsta. Po nałożeniu odpowiedniej ilości na dłonie dawałam sobie czas na jego rozsmarowanie. Zauważyłam bowiem, że lepiej się on rozprowadza pod wpływem ciepła ciała. Jest to niezastąpiona metoda na każdy gęsty i treściwy krem - czas. Zapach rzeczywiście przywodzi na myśl jakieś orientalne klimaty. Mnie się on najbardziej kojarzy z kadzidełkami, choć z pewnością jest on nieco subtelniejszy. Pozostawał na rękach i towarzyszył mi przez długi czas, a przynajmniej do pierwszego mycia rąk.


Mój orientalny krem stosuje tyko i wyłącznie na wieczór. Pozostawia on po sobie tłustą powłoczkę, na którą nie mogę sobie pozwolić w ciągu dnia. Praca w księgarni mi na to nie pozwala. Na noc nakładam grubszą warstwę, która działa jak maska. Krem przynosi ulgę suchym dłoniom. Stają się one ukojone, poziom nawilżenia wzrasta. Nie ma suchych skórek, dłonie są w doskonałej kondycji. Krem otula je jak miękka kołderka i choć  jestem zwolenniczką szybko wchłaniających się kosmetyków, to akurat w tym przypadku jestem w stanie mu to wybaczyć. Masło shea, który stanowi 1/4 całego składu do najlżejszych nie należy, za to jego dobroczynne działanie jest widoczne gołym okiem. 


Orientalny krem marki Scandia Cosmetics jest w 100% produktem vegańskim i znajdują się w nim tylko składniki pochodzenia roślinnego. Stosuje go regularnie co wieczór od połowy maja i jak do tej pory zużyłam może połowę opakowania.  Jego cena to 22zł, a biorąc pod uwagę jego działanie i wydajność nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić Wam ten krem. Ja muszę pomyśleć nad jakimś zapasem na zimę,
Czytaj dalej »