Kosmetyki Sensse Boost towarzyszyły mi w codziennej pielęgnacji od 1.5 miesiąca. Marka, która była dla mnie totalną nowością szturmem wkradła się do mojej kosmetyczki i świetnie się tam zadomowiła. Dlaczego witalizujące masło do ciała moim zdaniem masłem nie jest, a płyn micelarny ma zapach młodzieńczych lat? Czy jest to marka, na którą warto zwrócić uwagę i czym się wyróżnia spośród innych bardziej znanych firm? O tym wszystkim dowiesz się w tym wpisie. Zapraszam.
Masło do ciała, które masłem nie jest. Zapewne zastanawiacie się skąd taka opinia, przecież wyraźnie na opakowaniu jest napisane masło do ciała, a ja podważam nawet słowa producenta. Otóż kochani, ten kosmetyk ma tak lekką i przyjemną konsystencję, że bardziej przypomina on lotion niż ciężkie mało. Nie trzeba się wysilać, żeby go rozsmarować. Dla porównania w przypadku maseł, których do tej pory używałam - zmieniały one swą konsystencję dopiero po zetknięciu ze skórą. Witalizujące mało do ciała Sense Boost po nałożeniu,można od razu rozsmarować, po czym po chwili wchłania się ono całkowicie. Takie masło nie masło, to ja rozumiem. Dzięki swej konsnystencji skraca czas aplikacji, dlatego będzie dobre dla zabieganych osób. Jest wydajne, bo wystarczy tylko odrobina na daną partię ciała. Już nie wspomnę o tym, że opakowanie, w którym się znajduje jest wielkie - to, aż 500ml produktu! Śmiało więc można go nazwać opakowaniem rodzinnym. To witalizujące masło ma zapach kokosowy - słodki, pyszny, ciasteczkowy. Bardzo je polubiłam.
Płyn micelarny o zapachu młodzieńczych lat. Pewnie się zastanawiacie jak on pachnie, co? Powiem Wam, że tego zapachu szukałam w kosmetykach od dawna. A przypomina mi on pierwszy kosmetyk jaki kiedykolwiek kupiłam sobie do twarzy. Kiedy miałam jakieś 13 lat moim pierwszym kosmetykiem oprócz pomadki ochronnej był tonik do twarzy. Miał on taki świeży, subtelny, zielony zapach, który pamiętam do dziś. Micelarna woda aloesowa mi go przypomina i za każdym razem gdy jej używam funduje mi wycieczkę do młodzieńczych lat. Uwielbiam ten zapach.
Co do właściwego zastosowania, to przyznam, że nie mam się czego przyczepić, bowiem makijaż przy użyciu micelarnej wody aloesowej Sense Boost znika w mgnieniu oka i to bez szorowania twarzy wacikiem. produkt ten świetnie sobie radzi zarówno z dziennym jak i wieczorowym makijażem. Jego dużym plusem jest również to, że nie szczypię w oczy. Podobnie jak masło do ciała - aloesowa woda micelarna znajduje się w dużym , bo aż 500ml opakowaniu. Jestem z niej w pełni zadowolona.
Kochani co tu dużo mówić. Zarówno witalizujące masło do ciała, jak również aloesowa woda micelarna bardzo przypadły mi do gustu. Kosmetyki te przeznaczone są dla każdego typu cery, więc mogę was jedynie zachęcić, żeby je wypróbować na swojej skórze. Polecam.
O moim małym uzależnieniu dotyczącym ust wie chyba już każdy, kto śledzi moje social media. Kocham wszelkiego rodzaju mazidła, pomadki, lakiery, pisaki do ust i zawsze, ale to zawsze czymś mam te usta wysmarowane, choćby pomadką ochronną, czy miodem. O wargi też trzeba dbać, bo nawet najlepsza pomadka nie będzie dobrze wyglądała, kiedy są one przesuszone. Niedawno trafiłam na świetny balsam do ust i stwierdziłam, że warto napisać o nim parę słów, bo dobre trzeba wychwalać.
Lip polish marki Physicians Formula jest dla mnie totalną nowością, a że ja nowości lubię, to od razu wiedziałam, że musimy poznać się bliżej. Ten regenerujący balsam zamknięty jest w bardzo gustownym, plastikowym słoiczku o pojemności 14,2 g. Złote wieczko i litery sprawiają, że całość wygląda luksusowo. Dodatkowo słoiczek umieszczony jest w kartonowym opakowaniu, a na nim znajdziemy wszystko to, co świadomy konsument lubi najbardziej, czyli skład. A oprócz niego instrukcję obsługi i opis producenta. W kartoniku znalazłam również złotą szpatułkę, do nakłądania produktu na usta.
Po odkręceniu wieczka zauważyłam, że balsam chroni dodatkowo plastikowa membrana. Mimo, że zawiera on organiczny olejek z owoców z dzikiej róży, oraz organiczny olejek z orzechów kokosowych, to zapach kosmetyku określiłabym jako ciasteczkowy. Sama szpatułka, to wynalazek stulecia. Bardzo się przydała do nakładania produktu na usta. Dzięki niej nie trzeba grzebać paluchem w słoiczku. Takie rozwiązanie bardzo mi odpowiada.
Po nałożeniu tego regenerującego balsamu na usta od razu wiedziałam, że coś nie gra. Okazało się, że ma on w sobie maleńkie drobinki cukru, więc służy on również jako peeling. Wróciłam do opakowania i w instrukcji faktycznie było pokazane, że najpierw balsam należy nałożyć na usta, chwilę pomasować i resztę zetrzeć chusteczką. Usta po takim zabiegu momentalnie stają się gładkie, odżywione i oczywiście nawilżone. Zwiększa się też ich ukrwienie, co sprawia, że wargi są pięknie zaróżowione. Muszę tutaj wspomnieć, że produkt - choć nie do jedzenia- to jest on słodki w smaku.
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że ten balsamo - peeling tak szybko działa. Nie spodziewałam się spektakularnych efektów po pierwszym użyciu, ale one są widoczne gołym okiem. Usta bardzo szybko wróciły do formy, a Lip polish Phisicians Formula staje się moim numerem jeden wśród kosmetyków pielęgnacyjnych do ust.
Ten regenerujący balsam do ust i peeling 2 w 1 znajdziecie w Drogeriach Hebe. Polecam.
Kochani już w ten weekend spotkamy się na wiosennej edycji targów kosmetyków naturalnych Ekocuda w Poznaniu. Targi te miały swój debiut jesienią i myślę, że podbiły wielkopolskę. Miałam przyjemność w nich wtedy uczestniczyć i dlatego mogę Wam szczerze polecić to wydarzenie. Nigdzie bowiem nie znajdziecie tylu naturalnych perełek w tak fantastycznych cenach jak właśnie podczas Ekocudów. Nazwa mówi sama za siebie. Mam nadzieję, że 13-14 kwietnia spotkamy się w Concordia Design i wspólnie ruszymy na kosmetyczne zakupy.
Właśnie podczas tych targów odkryłam zupełnie nową dla mnie markę kosmetyczną Be The Sky Girl. Było to pierwsze stoisko, któremu można się było przyjrzeć już na samym wejściu, a to, co w pierwszej chwili zwróciło moją uwagę, to niebanalne opakowania kosmetyków. Mimo, że wszystkie z nich znajdowały się w plastikowych pojemnikach, to dodatkowo zamknięte były szczelnie w przezroczystym tworzywie, przypominającym z wyglądu mocną folię(?). Ciekawe rozwiązanie. Niedługo potem rozpoczęłam swoją przygodę z marką i zaczęłam stosować krem rozjaśniająco-liftingujący, oraz emulsję do mycia i demakijażu twarzy 2w1 i o nich chciałam Wam właśnie dzisiaj opowiedzieć. Być może skorzystacie z promocji, które będą na Ekocudach i same zakupicie sobie taki duet. A muszę przyznać, że jest on na medal.
Krem rozjaśniająco - liftingujący.
Nie spodziewałam się, że jakikolwiek krem może skraść moje serce od pierwszego użycia. Nie mnie, bo w końcu siedzę w branży beauty już od wielu lat i doskonale wiem, że nic nie działa od pierwszego razu. I tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie, zaczęłam się nawet zastanawiać, czy trafiałam wcześniej na odpowiednie kosmetyki, bo moc tego kremu poczułam niemalże od razu po jego aplikacji. Dziwne? Nosz kurczę, sama byłam zaskoczona.
Zacznijmy jednak od kwestii technicznych, czyli od tego co widać na pierwszy rzut oka. Jak już wyżej wspomniałam opakowania kosmetyków tej marki są plastikowe, w przypadku kremu jak i emulsji opakowania są z pompkami, co ułatwia aplikację kosmetyków. Jak dla mnie tego typu opakowania są bardzo higiennicznym rozwiązaniem, gdyż żadne bakterie nie przedostają się do ich wnętrza. Krem ma średnio lekką konsystencję, jest bardzo delikatny zapach i beżowy kolor. Po nałożeniu na twarz krem szybko się wchłania, nie pozostawia po sobie żadnego filmu - wchłania się do matu. Idealnie nadaje się pod makijaż, gdyż nie powoduje on rolowania się podkładów, czy innych kosmetyków kolorowych. Cera długo wygląda na matową i wypoczętą. Kosmetyk ten doskonale nawilża, niemal od razu wyrównuje koloryt i napina skórę, dzięki czemu drobne zmarszczki wyrównują się w oczach. Tak dobrze napina, że chwilami miałam trudności z wykonywaniem mimiki czoła. Wow! Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
O kremie mogłabym elaborat napisać, no ale została mi jeszcze emulsja, która również znakomicie się sprawdziła. Opakowanie z pompką okazało się być praktycznym rozwiązaniem w łazience. Emulsja ma kremową konsystencję, której towarzyszy delikatny zapach i biały kolor. Używałam jej zarówno do demakijażu, jak i odświeżenia cery. W obu przypadkach spisała się bardzo dobrze. No ba, poradziła sobie nawet z mocnym i wodoodpornym makijażem. Myłam nią całą twarz, nie oszczędzając powiek, z których również musiałam usunąć tusz i cienie. I tu się nie zawiodłam, bowiem emulsja nie podrażnia oczu, nie powoduje ich szczypania, pieczenia, czy łzawienia, a cała kolorówka znikała w szybkim tempie. Emulsja nie wysusza cery, nie odczujemy tutaj tego okropnego uczucia ściągnięcia. Twarz jest ukojona i gotowa do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Bardzo dobry produkt.
Marka Be The Sky Girl już od pierwszego użycia zaskoczyła mnie jakością kosmetyków, oraz tym, że obietnice producenta idą w parze z faktycznym działaniem. Zarówno krem rozjaśniająco - liftingujący, jak i emulsja do mycia i demakijażu twarzy sprostała moim oczekiwaniom. Powiem więcej - kosmetyki te postawiły wysoką poprzeczkę dla swoich następców. Jak najbardziej polecam.
W sobotę 24 marca wybrałam się do Poznania na Targi Look & Beauty Vission i odbywające się tego samego dnia spotkanie blogerek o wdzięcznej nazwie Blog Beauty Day. Przyszedł czas, żeby podzielić się z Wami moimi wrażeniami z obu tych eventów. Co mi się podobało? Co mnie zaskoczyło? A na czym się zawiodłam? Tego wszystkiego dowiecie się w dzisiejszym wpisie.
Pierwszy dzień wiosny już za nami. To nic, że zamiast bujnych kwiatów, pojawił się śnieg. Mimo to w sercu wiosna rozgościła się na dobre, zresztą nie tylko w nim. Również w zwiewnych stylizacjach, a nawet na paznokciach. Czas porzucić ciemne lakiery i zastąpić je tymi jasnymi, żywymi i pastelowymi. Taki mały detal, a daje tyle radości. Ja swoje paznokcie ożywiam lakierami hybrydowymi Nails Company z zeszłorocznej weneckiej kolekcji. Duży wybór kolorów sprawia, że można je dobrać do każdej stylizacji, a takie uniwersalne zastosowania lubię najbardziej. Opowiem Wam dzisiaj jak te hybrydy sprawdziły się na moich paznokciach. W tym wpisie znajdziecie również kilka słów o trwałości, propozycję manicure i przede wszystkim mam nadzieję rozkochać Was w tych cudownych kolorach.
Już niebawem, bo w weekend 24-25 marca odbędą się w Poznaniu profesjonalne targi kosmetyczne i fryzjerskie Look & Beauty Vission. Jest to wydarzenie, na którym nie może zabraknąć nikogo, kto obraca się w branży beauty, ale i nie tylko. Targi są także świetną okazją do skorzystania z wielu promocji, które marki przygotowują na ten dzień. Każdy może wziąć w nich udział, a atrakcji jak co roku będzie cała masa. Spotkamy się w Poznaniu?
Pamiętacie swoje pierwsze przygody z makijażem? Ja taaak. Na samym początku, czyli za czasów studenckich (tak, nie malowałam się w liceum) kupowałam kosmetyki jak leci. Eksperymentowałam z różnymi mleczkami, których do dziś nie polubiłam, a później przerzuciłam się na płyny micelarne. Ile ja ich przerobiłam (!). Z jakością też bywało różnie - nie raz szczypały mnie oczy, aż chciało się je wydrapać. Zdarzało się, że buzia była zaczerwieniona, a makijaż zamiast zmyty - rozmazany. Miało się przygody. Później, jak już stałam się świadomym konsumentem znalazłam Biodermę i długo się z nią nie rozstawałam. Jednak moja ciekawość przewyższa stabilizację w świecie kosmetycznym i tak oto znalazłam godnego zastępcę Biodermy. Mało tego - tańszego i większym opakowaniu, dostępnego w każdej drogerii. Dzięki niemu po raz kolejny uświadomiłam sobie, że demakijaż nie musi być koszmarem.
Lubisz czytać? - Świetnie! Przy wyborze książek nie ograniczasz się tylko do jednego gatunku literackiego? - Jeszcze lepiej! A czy lubisz erotyki? Jeśli twierdząco odpowiedziałeś na choć jedno z tych pytań, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Przygotowałam w nim bowiem zestawienie sześciu SEX - ownych książek, które mogą być fajnym prezentem na Walentynki, ale nie tylko. Zaparz sobie kawę, usiądź wygodnie, uruchom wyobraźnię i przygotuj się na wędrówkę po niekończącej się wyprawie w świecie kochanków.
Już za parę dni odbędzie się wielkie święto naszych kochanych babć i dziadków. Mam to szczęście,że mogę cieszy się jeszcze z obecności trzech babć. Niestety dziadków już nie mam - jeden zmarł w tym samym roku, w którym się urodziłam, a drugiego pamiętam jak przez mgłę. Oliwka jest w bardziej komfortowej sytuacji ma pięć babć i jednego dziadka. Zawsze dbamy o to,żeby być blisko nich, a w Dzień Babci i Dziadka już obowiązkowo składamy im wizytę i przygotowujemy upominki. Pokażę Wam dzisiaj kilka inspiracji na fajne prezenty dla naszych seniorów.
Zestaw filiżanek lub kubków zawsze jest dobrym prezentem i przede wszystkim przydatnym. Jestem pewna,że nie leżałby w szafce, tylko regularnie byłby użytkowany. Powyższy zestaw można kupić tutaj za cenę 60zł.
Ten przepiękny zestaw kubków znalazłam na DaWandzie, która jest prawdziwym wysypiskiem skarbów. Kupicie go tutaj za cenę 50zł.
Poduszki - równie praktyczne jak cieszące oko. Po męczącym dniu miło byłoby przytulić głowę do poduszki, którą dostało się od ukochanego wnuka/wnuczki. Poduszki dostaniecie tutaj za cenę 54.90zł.
Idąc tym tropem znalazłam ciepły, haftowany koc, na którym, na życzenie producent może napisać co tylko chcecie. Koc kosztuje 89zł i jest dostępny na tej aukcji na allegro.
Chyba każda babcia lubi krzątać się w kuchni, a przynajmniej moja. Nigdy nie odmawiam poczęstunku, bo wprost przepadam za potrawami swojej babci. Dla miłośniczki gotowania miłym prezentem byłby taki oto piękny fartuszek. Kosztuje on zaledwie 39zł i jest dostępny tutaj.
Oryginalne i personalizowane słodycze. Wydaje mi się, że każdy ucieszyłby się z takiej pięknej czekolady, czy też słodkich narzędzi. Tabliczkę czekolady kupicie tutaj za cenę 9zł, natomiast zestawy narzędzi tutaj za 66.20zł.
Zabawne etui na okulary dostępne tutaj za cenę 24.99zł.
Personalizowaną herbatę kupicie tutaj za cenę 49zł
Ocieplacz lub masażer do stóp. Powiem Wam szczerze, że nawet sobie planuję kupić te dwie pozycję, bo zawsze ma zimne stopy i dłonie. Chwila relaksu każdemu się należy. Ogrzewacz do stóp dostępny tutaj za cenę 84,54zł, a masażer, np tu za cenę 119zł.
Album na zdjęcia. W dobie przechowywania zdjęć na płytach i dysku rzadko kiedy je oglądamy. A przecież wszystkie nasze wspomnienia zawierają się właśnie w nich. Osobiście uwielbiam przeglądać albumy i wracać do różnych okresów naszego życia, choć przyznaję też, że mam duże zaległości w wywoływaniu zdjęć. Odkąd urodziła się Oliwka, co roku babciom i dziadkowi dajemy przynajmniej jedne jej zdjęcie, lub jakieś wspólne. W pierwszym roku kupiliśmy babciom i dziadkowi ramki, a teraz tylko wymieniają zdjęcia na świeższe.
Kobiety od zawsze dbały o swoją urodę. Ta kwestia na przestrzeni lat nie uległa zmianie. Jedyne co się zmieniło to sposoby, dzięki którym można osiągnąć zamierzony efekt. Jeszcze w XIX wieku była moda na skórę jasną niczym płatek śniegu. Kobiety chodziły w rękawiczkach, bo opalenizna była uznawana za coś szpecącego. Aby dłonie miały nienaganny wygląd, ówczesne panie maczały je w olejku migdałowym, a te wyżej urodzone w różanym. Dzisiaj mamy dostęp do szerokiej gamy zabiegów, oraz kosmetyków, dzięki, którym w prosty i szybki sposób można pielęgnować tę część naszego ciała, która jest uznawana za jego wizytówkę. W dzisiejszym poście opowiem Wam o kremie do rąk marki Scandia Cosmetisc, który od miesiąca towarzyszy mi w mojej co wieczornej pielęgnacji.
Krem do rąk Scandia Cosmetics na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie jakby znajdował się w aluminiowej oprawie. Producent dołożył wszelkich starań, aby tak to wyglądało - to tylko taka stylizacja, gdyż opakowanie w całości jest plastikowe / wykonane z tworzywa. Grafika jest delikatna, listki nadają lekkości całemu opakowaniu. Mimo,że zajmuje ona jedynie 1/3 powierzchni, to znajdują się na niej wszystkie najistotniejsze informacje. Powtórzone są one także na kartonowym pudełku, które stanowi dodatkową ochronę dla 70ml tuby.
Producent obiecuje całodzienną pielęgnację suchej, zniszczonej i podrażnionej skóry rąk. Ma się ona łatwo rozprowadzać, a także nawilżać i regenerować skórę.
Skład jest bardzo dobry. Na uwagę zwraca fakt, że znajduje się w nim aż 25% masła shea, którego lista dobroczynnych działań jest bardzo długa. W kremie nie znajdziemy parabenów, które to wciąż budzą dużą kontrowersję wśród konsumentów.
Konsystencja tego białego kremu jest bardzo gęsta. Po nałożeniu odpowiedniej ilości na dłonie dawałam sobie czas na jego rozsmarowanie. Zauważyłam bowiem, że lepiej się on rozprowadza pod wpływem ciepła ciała. Jest to niezastąpiona metoda na każdy gęsty i treściwy krem - czas. Zapach rzeczywiście przywodzi na myśl jakieś orientalne klimaty. Mnie się on najbardziej kojarzy z kadzidełkami, choć z pewnością jest on nieco subtelniejszy. Pozostawał na rękach i towarzyszył mi przez długi czas, a przynajmniej do pierwszego mycia rąk.
Mój orientalny krem stosuje tyko i wyłącznie na wieczór. Pozostawia on po sobie tłustą powłoczkę, na którą nie mogę sobie pozwolić w ciągu dnia. Praca w księgarni mi na to nie pozwala. Na noc nakładam grubszą warstwę, która działa jak maska. Krem przynosi ulgę suchym dłoniom. Stają się one ukojone, poziom nawilżenia wzrasta. Nie ma suchych skórek, dłonie są w doskonałej kondycji. Krem otula je jak miękka kołderka i choć jestem zwolenniczką szybko wchłaniających się kosmetyków, to akurat w tym przypadku jestem w stanie mu to wybaczyć. Masło shea, który stanowi 1/4 całego składu do najlżejszych nie należy, za to jego dobroczynne działanie jest widoczne gołym okiem.
Orientalny krem marki Scandia Cosmetics jest w 100% produktem vegańskim i znajdują się w nim tylko składniki pochodzenia roślinnego. Stosuje go regularnie co wieczór od połowy maja i jak do tej pory zużyłam może połowę opakowania. Jego cena to 22zł, a biorąc pod uwagę jego działanie i wydajność nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić Wam ten krem. Ja muszę pomyśleć nad jakimś zapasem na zimę,
W codziennym natłoku spraw i obowiązków tak łatwo jest zapomnieć o sobie... Na co dzień jesteś mamą, żoną, kobietą spełniającą się zawodowo, ale ta lista tak na prawdę nie ma końca, bo dochodzą do niej takie funkcję jak praczka, sprzątaczka, kucharka, gosposia, niania, pielęgniarka itd, itd... czasami mówię o sobie złośliwie, że jestem jak mebel, obok którego codziennie się przechodzi, ale się go nie zauważa. Ciągle w ruchu - tak potrzebna, a jednak niewidoczna. Żyjemy szybko, zdecydowanie za szybko. W tej marnej egzystencji brakuje nam czasu na cokolwiek, a nawet tej chwili dla siebie. Utożsamiasz się z tym opisem? My kobiety codziennie dbamy o komfort naszych bliskich i wszystkich wokół, ale kto zadba o nasz komfort? Czasami wszystko tak potrafi przytłaczać, a my zapominamy o sobie i robimy przy tym poważny błąd, bo przecież to my jesteśmy filarem i sercem domu, a faceci niech myślą sobie co chcą.
Droga czytelniczko chcę Ci powiedzieć, że jesteś silna,
jesteś ważna, jesteś sensualna! Uwierz w siebie! Pomyślisz sobie, że łatwo było
mi to napisać, ale nawet nie wiesz jak trudno było mi wypowiedzieć te słowa w
stosunku do samej siebie. Żeby móc to zrobić wybrałam się aż na same Mazury, na
warsztaty motywacyjne Jestem SENSualna.
Spotkanie odbywało się w Hotelu Zalesie Mazury Activ Spa. Już samo to, że wybrałam się w tak daleką podróż zupełnie sama, wsiadłam do odpowiedniego pociągu i o dziwo wysiadłam na odpowiedniej stacji napawa mnie dumą. No wiecie, ja to należę do tych osób, których poziom orientacji w terenie wynosi 0%. Jednak od samego początku coś mnie tam ciągnęło. Na miejscu czekała na mnie Roksana z bloga Dzwoneczkowa, która dotransportowała mnie, oraz Marzenę do Barczewa.
Hotel Zalesie Mazury Activ Spa to bajka. Malowniczo usytuowany nad samym jeziorem. Świetny obiekt z komfortowymi pokojami i masą atrakcji zarówno dla dorosłych, jak i dzieci. Idealne miejsce na rodzinne wakacje. Hotel wyposażony jest w piękny basen, jacuzzi i spa, w którym można się relaksować do woli. Dzieci mają do dyspozycji płytki basen, dużą salę zabaw, w której można je zostawić pod opieką animatorek, plac zabaw na zewnątrz.. Więcej atrakcji mam nadzieję, że odkryję kiedyś z moją rodziną, bo bardzo chciałabym tam wrócić. Jedzenie podawane w formie szwedzkiego stołu było bardzo smaczne, a wierzcie mi - może nie wyglądam, ale dobrze zjeść lubię.
Warsztaty odbywały się w dniach 19-21 listopada. Cały czas pobytu wypełniony był po brzegi od wczesnych godzin rannych do bardzo późnego wieczora, ale z czystym sumieniem i pełną satysfakcją mówię, że nie żałuję ani sekundy. Napisanie tego postu odkładałam w nieskończoność, bo choć z jednej strony można by książkę napisać, to z drugiej strony zastanawiałam się jak wszystkie te emocje, doświadczenia ubrać w słowa, no jak? I mówi to osoba, która żyje z pisania, ale kurczę nawet z maturą nie miałam takiego problemu.
Warsztaty prowadziła prze-kochana Basia Jarzyna, prezes Fundacji Tętniąca Życiem. Basia mogłaby być moją siostrą, mamą, przyjaciółką, mężem, podporą! Basia wie, Basia rozumie, Basia każdego wysłucha i każdemu pomoże, B a s i a to złota dziewczyna! Już na początku pierwszych warsztatów wzruszyła mnie swoją historią, a później wielokrotnie wylewałam morze łez, nie z przykrości, a raczej z pewnego rodzaju oświecenia, zrozumienia pewnych spraw na nowo. Nie zrozumie ten, kto na takich warsztatach nie był. I ja tez nie rozumiałam, no ba - tak na prawdę nie wiedziałam nawet czego mam się spodziewać po takim wydarzeniu, ale teraz już wiem i każdą z Was będę zachęcała do udziału w tego typu warsztatach. Założeniem Fundacji jest to, aby uświadomić kobietom jakie są ważne, oraz zachęcić ich do regularnych badań.
Co się działo? Na początku miałyśmy zajęcia integracyjne. Śmiechu było co niemiara! Miałyśmy się poznać i dzięki przedniej zabawie szybko nam się to udało. Rzucałyśmy do siebie piłeczkę mówiąc swoje imię i nazwę swojego bloga jak również osoby, do której dedykowałyśmy nasz rzut. Byłyśmy też splątane sznurkami w taki sposób, gdzie wydawać by się mogło, iż wyswobodzenie się z nich jest nie możliwe. ileż my z tymi sznurkami nakombinowałyśmy! Jednak zadanie to miało nam pokazać, że nawet z najbardziej pogmatwanych sytuacji jest jakieś wyjście. Przynajmniej ja to tak zrozumiałam.
Pokonując kolejne zadania otworzyłyśmy się przed sobą. Mogłyśmy dzielić się ze sobą swoimi smutkami i radościami. Mogłyśmy bez skrępowania powiedzieć co nas boli, z czym mamy problem, oraz co nas cieszy. Nikt nie oceniał, każdy słuchał i rozumiał, służył radą. Być kobietą nie jest łatwo, mimo, że mamy własne sukcesy na koncie, to jednak gdzieś te nasze skrzydła są w życiu systematycznie podcinane, a my się temu poddajemy, myśląc, że przecież i tak nie czeka nas nic dobrego. Jakże to jest błędne koło, złe myślenie, same przyzwalamy sobie na takie czy inne traktowanie. Zamiast się postawić znosimy swoje cierpienie w samotności. Tylko po co? Dla satysfakcji tych wszystkich zewsząd otaczających nas hejterów? Oni mają różne postacie, tylko, że dla satysfakcji jak dla mnie to można uprawiać seks, a nie znosić zewsząd te wszystkie ciosy i obojętność, z którą tak się już oswoiłyśmy.
Co jeszcze się działo? pokonywałyśmy własne bariery, bo jakże inaczej można nazwać sytuację kiedy masz przyłożoną strzałę grotem zwróconą do najmniej osłoniętego miejsca na szyi i tylko krok dzieli Cię od wyzwolenia się od własnych demonów? Bałam się, bałam się jak jasna cholera, miałam całe życie przed oczami, ale zrobiłam ten krok, który przełamał strzałę, a wraz z nią własne obawy. Jestem dzielna, jestem ważna, jestem gotowa. Tak, jestem gotowa, aby zrobić ten krok naprzód. Gotowa jak nigdy wcześniej. To uczucie, strachu, a później radości, ulgi i wyzwolenia muszę zapamiętać, wyryć sobie w pamięci, aby towarzyszyło mi na co dzień. Bo jak nie ja to kto? Nikt nie pokieruje moim życiem, tylko ode mnie zależy, w którą stronę ono pobiegnie i jakie ono będzie miało kształt. To ja jestem pisarzem, który zapełnia puste kartki historią, swoją historią.
Drugiego dnia miałyśmy uroczystą kolację, połączoną z imprezą integracyjną i karaokę. Kocham tańczyć, ale dotychczas robiłam to z odkurzaczem, kocham śpiewać, ale robiłam to tylko wtedy kiedy nikt mnie nie słyszał. A podczas tego wieczoru odważyłam się wystąpić solo śpiewając jedną piosenkę, a raczej próbując przekrzyczeć głośną linię melodyczną. Jak wyszło? Nie wiem, ale najważniejsze jest to, że się odważyłam być sobą, a nie być taką jak chcą mnie widzieć inni. Koniecznie poznajcie też piosenkę, która stała się hymnem tych warsztatów, a ja słucham ją codziennie, bo daje tak motywacyjnego kopa, jak żadna inna.
Dzień po przyjeździe był magiczny, a to za sprawą Ani z bloga Okiem mamy. Ania ma też swoją pasję - jest fotografem, na dodatek świetnym, a jej pracę możecie podziwiać na stronie MagiczneChwile.pl. Przed sesją makijaż miały nam wykonywać profesjonalistki, które hm.. zawiodły, bo postanowiły się jednak nie zjawić. Czy to był dla nas jakiś problem? - żaden! Same znakomicie dałyśmy sobie radę zarówno z makijażami jak i fryzurami. Dodatkowo dwie przedstawicielki marki Byas, które zaraz po śniadaniu miały z nami warsztaty, postanowiły zostać, by wesprzeć nas w trudnej sztuce makijażu. Totalna improwizacja, ale wszystko się udało i to na jakim poziomie! To niesamowite jak 30 kompletnie nieznanych sobie wcześniej osób potrafi się wspierać, służyć sobie bezinteresowną pomocą. To było piękne.
Przyznaję, że przed sesją trochę się denerwowałam, ale jak tylko przekroczyłam próg pokoju, w którym nasza kochana pani fotograf czekała - wszystkie troski zniknęły. Ania przywitała mnie z uśmiechem na twarzy, otwartymi ramionami i słowami "jesteś piękna". Nie często słyszę takie słowa, a wypowiedziane przez drugą kobietę, to prawdziwy komplement. Ta drobnej postury, niesamowita dziewczyna od początku pokierowała mnie jak się ustawić, gdzie spojrzeć i co w ogóle robić, by zdjęcia wyszły świetnie. "Namalowała" mnie niczym malarz na płótnie z pełną kobiecością, delikatnością i sensualnością. Jestem zachwycona tymi zdjęciami. Po sesji każda z nas wybrała się do Marzeny - stylistki, wizażystki i coach wizerunku. Marzenka podpowiedziała nam jakie kolory najbardziej do nas pasują i co może być pomocne podczas wybierania się na zakupy. Bardzo przydatne rady.
Aby móc wyczarować bajeczne fryzury na sesję, sklep NEO24 obdarował nas sprzętem babyliss. Proste włosy, a może loki? Na wszystko byłyśmy przygotowane. Polecam zajrzeć do NEO24, gdzie znajdziecie wiele atrakcyjnych ofert. Takich cen nie ma nigdzie.
Przez całe trzy dni podczas warsztatów mogłyśmy raczyć się pyszną wodą źródlaną Id'eau. Miałam okazję poznać ją już wcześniej i muszę Wam powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych wód jaką miałam okazję spróbować. Błyskawicznie gasi pragnienie.
Odkryciem warsztatów był nowy napój energetyczny Neon N life, którego również nie zabrakło na stołach. Mimo, że ja energetyków w ogóle nie piję, to jednak tutaj przekonało mnie to, że jest on zrobiony na bazie naturalnych składników i zielonej herbaty. Stawia na nogi i jest pyszny.
Ziołolek zrobił mi dzień przekazując zestaw kosmetyków składający się z delikatnej kostki do mycia, żelu z witaminami do mycia rąk i ciała, oraz bogatemu kremu do rąk. Prezent idealny na potrzeby moje i mojej rodziny. Na instagramie mówiłam Wam dlaczego.
Do domu przywiozłam także nowy dzbanek Aquaphor. Nie dość, że filtruje wodę, to także wzbogaca ją o magnez. Duża pojemność (4,2l) tylko ułatwia codzienne funkcjonowanie. Bardzo fajny i praktyczny upominek, dzięki, któremu zaoszczędzę pieniądze, które miesięcznie wydaję kupując wodę mineralną.
Na moich socjal mediach pokazywałam Wam również przepiękne albumy i grę dla całej rodziny z Moi Dziadkowie . Albumy będą znakomitym prezentem na święta lub nadchodzące pomału Dzień Babci i Dzień Dziadka. Cały ich urok polega na tym, że dziadkowie wypełniają je i odpowiadając na zawarte w nich pytania opowiadają o wydarzeniach ze swojego życia od dzieciństwa po dzień dzisiejszy. Kiedyś te albumy wrócą do nas, a my będziemy mieć najpiękniejszy prezent jaki od dziadków można dostać - historię ich życia napisaną ukochanymi dłońmi. Gra ma za zadanie łączyć pokolenia i przybliżyć czasy, które już minęły.
Warsztaty, które pierwszego dnia trwały do nocy umilał nam blask i zapach świec Biosensual. Te tańczące płomyczki relaksowały, zapach wprowadzał w błogi nastrój, a wosk był dodatkowym atutem, gdyż można go było wykorzystać do masażu rąk. Te naturalne świece skradły moje serce.
Organizatorki stanęły na głowie, aby wszystko ogarnąć do tego kształtu, jaki zastałyśmy, ze wszystkimi tymi prezentami i całą cudowną otoczką jaki tworzył klimat hotelu. Jednak tak sobie myślę, że jeden z piękniejszych prezentów dostałam od wszystkich uczestniczek. Na koniec naszej SENSualnej przygody każda z nas miała napisać na kartach przynajmniej jedno zdanie o pozostałych uczestniczkach. Nie do wiary ile można się o sobie dowiedzieć przez 3 dni, a słowa, które przeczytałam są ze mną codziennie. To było piękne. Dziękuję dziewczyny.
Teraz, te dwa tygodnie po warsztatach czuję ogromną wdzięczność do Roksany (która jakimś cudem mnie prześwietliła i jej kobieca intuicja, a może szósty zmysł podpowiedział, że czegoś takiego potrzebuję), do Ani, która włożyła tyle pracy w organizację wszystkiego, do Basi, która wydobyła ze mnie moje radości i lęki, do Oli, która przywitała mnie jak rodzoną siostrę i przez całe to wydarzenie była ciepła jak słońce latem, oraz do wszystkich dziewczyn, przy których mogłam się otworzyć i po prostu być sobą. Dziękuję!
Kolejne takie wydarzenie dziewczyny planują już na wiosnę, a ja już wiem, że muszę tam być. Do klipu z warsztatów będę wracać za każdym razem kiedy przyjdzie w moim życiu chwila zwątpienia. Wtedy to go odszukam i przypomnę sobie jak się czułam, co postanowiłam i jakie cudowne osoby spotkałam w swoim życiu.
Warsztaty Jestem SENSualna przygotowywane są przez kobiety dla kobiet. Odkrywają nasze piękno zarówno te zewnętrzne, jak i te, które kryjemy w środku. Pozwalają uwierzyć w siebie i własne możliwości i naprowadzić na odpowiednią drogę, z której często zbacza się gdzieś w tej szarej rzeczywistości. Zachęcają do zajrzenia do wnętrza samego siebie, by pokonać lęki i odkryć własne pragnienia. Dzięki temu wydarzeniu nie boję się już zmian, a te na pewno nadejdą. Może nie dziś, może nie jutro, ale małymi kroczkami będę sukcesywnie wprowadzać to, na co się zdecydowałam. Już się nie boję - jestem silna, jestem ważna, jestem gotowa!