29 stycznia 2017

Paznokcie hybrydowe z brokatem krok po kroku

Od kiedy nauczyłam się robić hybrydy, a  w moim domu pojawiła się odpowiednia lampa mogę cieszyć się własnoręcznie zmalowanym mani. W temacie malowania paznokci zawsze byłam samowystarczalna  i nigdy nie korzystałam z usług kosmetyczki. Wyjątkiem był tylko mój ślub, gdzie z braku czasu poszłam na łatwiznę i umówiłam się na wizytę. Zaczynałam od zwykłych lakierów, teraz kocham się w hybrydach i jestem szczęśliwa, że mogę zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych na jednorazowej wizycie u minicurzystki.


Jako, że styczeń był miesiącem imprez począwszy od sylwestra a na karnawale skończywszy postanowiłam pobawić się z brokatem. Dla mnie jest on wyznacznikiem karnawału - wszystko musi błyszczeć. Moje upodobania mimo upływu lat się nie zmieniają. Marzyłam, żeby się on długo trzymał, nie zaciągał ubrań i nie osypywał. Najlepszym rozwiązaniem było go połączyć z hybrydami, które kocham za ich trwałość.


Nie bawiłam się w zdobienia, chciałam aby wszystkie paznokcie były jednolite. Z wielu różnych brokatów wybrałam przepiękny turkus Mystic, który można nabyć stacjonarnie w sklepach Kontigo. Drobno zmielony, zamknięty w bardzo poręcznym ( z punktu widzenia robienia hybryd ) opakowaniu okazał się strzałem w dziesiątkę.


Do brokatu potrzebowałam odpowiedniego podkładu. Najwłaściwszy kolor wśród mojej skromnej kolekcji lakierów znalazłam wśród produktów marki Semilac. Gilter indigo to kolor nocnego nieba z delikatnymi drobinkami przypominającymi gwiazdy.


Przed przystąpieniem do manicur'u najpierw spiłowałam paznokcie do odpowiedniego kształtu. Przyznam się, że z tym akurat dużo pracy nie miałam, bo moja naturalna płytka i tak była krótka. Kolejnym krokiem było zmatowienie płytki i odsunięcie, oraz wycięcie skórek. Po tych czynnościach i odtłuszczeniu paznokci cleanerem byłam gotowa do dalszych działań.


Kolejnym krokiem było nałożenie bazy. Dzięki niej lakier lepiej się trzyma płytki. Każdą z warstw należy utwardzać w lampie led lub uv. Czas trzymania paznokci pod lampą zależy od tego jaką moc ma nasz sprzęt.


 Po utwardzeniu bazy nakładamy jedną warstwę koloru i ponownie utwardzamy w lampie. Gdyby nie fakt, że na wszystkich paznokciach miał się znaleźć brokat, trzeba by było nałożyć dwie warstwu gilter indigo. Do brokatu według mnie jedna warstwa absolutnie wystarczy.


Na warstwę dyspersyjną nakładamy brokat. U mnie najlepiej sprawdza się do tego kopytko. Najwygodniej mi się z nim pracuje. Można nałożyć odpowiednią ilość błyszczących drobinek, które nie rozsypują się po całym stole. Najlepszym sprzętem do usuwania nadmiaru brokatu jest pędzel wachlarzyk. W makijażu nie znalazł u mnie żadnego zastosowania, natomiast w pracy z pyłkami jest mi niezbędny.


Po nałożeniu brokatu i oczyszczeniu palca z jego nadmiaru, przychodzi czas na top, który również utwardzamy w lampie. Uwaga - przed każdym namoczeniu pędzelka w topie, należy go dokładnie oczyścić, żeby drobinki brokatu nie dostały się do buteleczki. Ostatnim krokiem jest przemycie płytki cleanerem.


Na długich paznokciach efekt byłby jeszcze piękniejszy, ale mnie i tak bardzo mi się podoba. Drobniutki brokat z Kontigo spisał się wspaniale. Podejrzewam, że w przypadku większych drobin, należałoby go nakładać bezpośrednio po nałożeniu koloru i dopiero później całość dać do lampy. Metodą prób i błędów dojdzie się do wszystkiego, a brokatowe szaleństwo z powodzeniem mogę odkreślić z mojej listy "do zmalowania".
Czytaj dalej »

25 stycznia 2017

Łódź w kilka godzin

Dla niektórych ferie pomału się kończą, inni odliczają dni do przerwy zimowej i muszę się przyznać, że znajduje się w tej drugiej grupie. Nie mam na nie sprecyzowanych planów. Oboje z mężem pracujemy, ale na pewno będziemy chcieli umilić córce czas poza szkolnymi murami. Jak zawsze stawiamy na spontan. Owszem, fajnie jest wyjechać gdzieś na tydzień, ale dobrze można się bawić nawet w ciągu dwóch dni, no ba, czasami nawet parę godzin wystarcz, by poznać inne zakątki na polskiej mapie. Dziś opowiem Wam o mojej wyprawie do Łodzi. Jej cel poznaliście już w tym poście. Mimo bardzo okrojonego czasu udało nam się zobaczyć kilka fajnych miejsc. Zapraszam na wspólną podróż.


Hotel

Pochodzę z województwa kujawsko pomorskiego. Mieliśmy czerwiec, więc kiedy ruszałam z domu było gorąco. Ok godz 14 znalazłyśmy się na miejscu i pierwsze co zauważyłam, to zmiana temperatury. U mnie było zdecydowanie cieplej. Mimo, że Łódź przywitała nas słońcem, to jednak powietrze było rześkie.

Marka Indigo Nails zapewniła nam nocleg w Focus Hotel. Fantastyczne miejsce, z bardzo dobrą lokalizacją. Z hotelu mamy blisko PKS, PKP i centrum. Czego chcieć więcej? Przemiła obsługa, komfortowe pokoje i pyszne jedzenie. Tak wspominam pobyt w tym miejscu.


Śniadania w hotelu były pyszne. Szwedzki stół i ogromny wybór sprawiały, że każdy mógł znaleźć w nim coś dla siebie. Na ciepło można było zjeść jajecznicę, boczek, parówki, smażoną kiełbasę, zapiekanki. Na zimno można było wybierać wśród ogromnego wyboru mięs, wędlin, serów. Znalazłyśmy także dżem, miód, jogurt, płatki, sałatki, galart, owoce, warzywa - mmm.. na samo wspomnienie robi się ciepło na sercu. Najchętniej chciało by się spróbować wszystkiego, ale nie jestem mistrzynią w porannym jedzeniu i choć śniadanie powinno być największym daniem w ciągu całego dnia, to jednak ja dużo od rana zjeść nie potrafię.

Bardzo ciekawym pomysłem było to, że można było zabrać kanapki "na drogę". Przygotowane i zapakowane w papierowe torebki czekały na zabranie. Można było również samemu je sobie przyrządzić. Polecam ten hotel.


Manufaktura

Manufaktura to ogromne centrum handlowe, którego nie sposób przejść. Byłyśmy tam z Angeliką zaraz po przyjeździe - spędziłyśmy 2-3 godziny latając po sklepach i nie zdążyłyśmy obejść nawet połowy. Przepiękny rynek z fontanną, kinem, teatrem, dwoma muzeami, centrum rozrywki, fajnymi knajpkami i centrami urody - istny raj. To miejsce cały czas tętni życiem.



Dużą popularnością cieszyły się zdjęcia na żelaznym tronie. Ustawiały się do niego kolejki, również i my skorzystałyśmy.. Karuzela jakby wyjęta z rustykalnej pozytywki wzbudzała zainteresowanie zarówno małych i dużych, a oryginalne drogowskazy pomagały dotrzeć do pożądanego miejsca.


Bawełna

Wieczorem Dominika i Agnieszka zaprosiły nas na kolację w Bawełnie - interesującej restauracji znajdującej się na rynku. Wystrój sprawia wrażenie skromnego, ale ma w sobie swój urok. Jedzenie - pierwsza klasa. Pierwszy raz w życiu piłam tu drinka z watą cukrową. Ten obłędny smak będę pamiętała długo. Jako przystawkę wszystkie wybrałyśmy gruszkę w cieście z dżemem truskawkowym i orzechami. Było to tak dobre, że w wolnej chwili spróbuję odtworzyć to w domu. Jako danie główne wybrałam stek z truflami i sosem. Restauracja Bawełna ma świetnego kucharza, który na smakach się zna, a kunszt i dopracowanie potraw, oraz ich smaki mówią za siebie. Polecam tam zajrzeć.


Ulica Piotrowska

Ulica Piotrowska jest chyba najdłuższą ulicą w Polsce. Mieści się na niej wiele sklepów, pubów i restauracji, których z racji nocnego zwiedzania odwiedzić nie mogłyśmy, ale myślę, że największą atrakcją jest tam architektura. Liczne, przepiękne kamienice, zachowane w stylu secesyjnym wyglądały obłędnie.


Przechadzając się tamtędy, nie wiedziałyśmy czy mamy patrzeć na górę, dół, czy boki. Kamienice to jedno, górowały nad nad ulicą, ale patrząc na deptak zauważyłyśmy, że idziemy aleją gwiazd. Nie sposób było przeczytać wszystkich nazwisk, ale obiecałam sobie, że jak kiedyś tam wrócę, to bliżej się im przyjrzę.

Mogłyśmy zobaczyć tam też kilka ciekawych pomników. Zdecydowanie jest tam co oglądać.


Agnieszka opowiedziała nam o Ciemni , miejscu, które (jak można przeczytać na ich stronie) działa na granicy prawa i jest przeznaczona dla osób o ekstremalnie mocnych nerwach. To coś w stylu horroru na żywo, w którym ofiarą jesteś Ty. Masz do przejścia po ciemku pewną trasę, gdzie czeka Was wiele przerażających atrakcji. Ciekawa opcja dla kogoś kto lubi się bać i ma dystans do takich rzeczy, ja bym pewnie zawału dostała.

Łódź to miasto, które ma swój styl i urok. Żałuję ogromnie, że nie było więcej czasu, aby zobaczyć więcej, ale atrakcje, które mogłam podziwiać wzbudziły we mnie chęć poznania tego miasta jeszcze lepiej. Marka Indigo Nails wspięła się na wyżyny organizacyjne naszego weekendu, a prze-kochane Dominika i Agnieszka sprawiły, że długo zostanie on w moim sercu. Dziękuję raz jeszcze. Kiedyś tam wrócę, na pewno.


Czytaj dalej »

21 stycznia 2017

Moje piosenki 2016

Parę dni temu wzięło mnie na wspomnienia. Przeglądałam właśnie wpisy z podsumowania 2015 roku i trafiłam na moje ulubione kawałki, które umilały mi czas w tamtym okresie. W tym roku taki post jeszcze się nie pojawił, więc szybciutko postanowiłam nadrobić zaległości, aby pokazać Wam utwory, które najczęściej słuchałam w minionym roku. Który z nich sprawił, że nóżki same się ruszały, który według mnie jest idealnym podkładem do romantycznego wieczoru, i który potrafi wycisnąć ze mnie dwoma zwrotkami milion łez? Zapraszam do słuchania, być może znajdą się tu i Twoje ulubione kawałki?

* słuchaj na słuchawkach lub za pomocą sprzętu z dużym basem




Carla's Dreams - Sub Pielea Mea - tytuł (podlinkowany) prowadzi do klipu, który najczęściej słuchałam. To utwór, przy którym nóżki same chodziły, miotła i odkurzacz miały mnie dość, bo innych tancerzy znaleźć nie mogłam, ale za to prace domowe szły raz dwa. Pomyśleć, że wystarczy założyć słuchawki na uszy, zrobić na full i zapomnieć o rzeczywistości. Świetna taneczna muzyka.



Burak Yeter - Tuesday - ta niezwykle seksowna piosenka, która mimo zmysłowego głosu wokalistki ma jednak w sobie pazur. Jest dla mnie idealnym podkładem do miłego wieczoru we dwoje. Dlaczego? Właściwie w pierwszym zdaniu odpowiedziałam na to pytanie. Ciepły i spokojny głos wokalistki, a w tle szybsze nuty - Trudno mi rzeczowo odpowiedzieć, ale wystarczy posłuchać tego utworu, by zrozumieć, że coś ona w sobie ma.


Anna Karwan - Otwarcie KSW 23 - trafiłam na nią przez przypadek, przekopując czeluście you tube. Uczestniczka the voice the poland zachwyciła mnie swym niebywałym talentem. Przesłuchałam chyba wszystkie jej wykony na yt,a dzisiaj pokażę Wam klip z otwarcia KSW 23. Wymiata, prawda?



Anita Lipnicka - Ptasiek - to właśnie ta piosenka, przy której wylałam morze łez...  Zrobiła się o niej głośno tuż przed dniem wszystkich świętych i przysłuchując się jej odnalazłam siebie. TEN POST wyjaśni Wam wszystko. Tęsknię, kocham, żałuję i mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy tato...



Hasta El amanecer - Nicy Jam - W 2016 roku odkrywałam również hity w innych językach niż polski i angielski. Ku mej uciesze coraz więcej jest zagranicznych piosenek, które przyprawiają o mocniejsze bicie serca. Nicy Jam jest na to doskonałym przykładem.


Beyonce - Drunk in love - to chyba najseksowniejsza piosenkarka na świecie. Piękne ciało, wspaniały głos - śliczna, utalentowana, seksowna niegrzeczna dziwczynka, która nie boi się okazywać mężowi uczuć na scenie. Zresztą zobaczcie sami. Piosenka stara, ale i ta ją uwielbiam.


Nicole Scherzinger - Your Love - pamiętam ją jeszcze za czasów Pussycat Dolls i mimo kariery solowej nie przestałam ją lubić. Dancowy kawałek rusza pupkę z parkietu.


Cleo - Mi się chcę - ta piosenka mówi chyba o każdym z nas -> od poniedziałku do piątku tkwimy w pracy, a w weekend mamy ochotę się rozerwać. Cały sens piosenki w jednym zdaniu.


Sarsa - Zapomnij mi - to piosenka, którą swego czasu najczęściej śpiewałam. Podoba mi się głos wokalistki, słowa piosenki i ich sens - z życia wzięte..


Natalia Nikiel - Error - tak jak w zeszłym roku pokażę Wam piosenkę, której nie poznałabym, gdyby nie reklama w tv. Fajna, rytmiczna, klubowa i polska.



IV edycja zumba summer party Mielno
- dobra przyznaję - byłam tam- cztery godziny pociłam się tańcząc podczas tego maratonu, ale jest to jedno z niewielu wspomnień, które warto opisywać. Na tej imprezie po prostu powinno się być, choć przy panach instruktorach trudno było się skupić ;) Na klipie widać mnie parę razy - znajdziecie zakręconą mnie?


Lubię się przed Wami odkrywać - pokazywać co mnie cieszy, a co smuci, co mnie zachwyca i co wprawia mnie w dobry nastrój.W takich krótkich zestawieniach możecie poniekąd poznać mnie, moje prywatne życie, upodobania, a ja mogę zarazić Was tym co kocham, a czym się rzadko dzielę. Przy muzyce każda praca idzie w błyskawicznym tempie, często jest ona lekiem na całe zło, sposobem odcięcia się od świata i wyrażenia uczuć, które nie chce się wypowiedzieć. Lubię odreagowywać w ten sposób i wierzę, że nie jestem w tym sama.

-> ulubione kawałki 2015 roku
-> ulubione książki 2016 roku
Czytaj dalej »

17 stycznia 2017

Otul się masełkiem - Tołpa spa eco relax

Często w sieci natrafiam na wpisy, w których autor opowiada, w jakiej to porze roku należy najbardziej dbać o skórę, o jej odżywienie i odpowiednie nawilżanie. Prawda jest taka, że bez względu na to, czy mamy lato, czy zimę o nasze ciało trzeba dbać zawsze. Zmieniają się jedynie jego potrzeby, a tym samym kosmetyki, które będą dla niego najodpowiedniejsze. Jednym pomaga lekkie mleczko do ciała, innym wystarczy balsam, a jeszcze inna grupa szuka ukojenia w ciężkich masłach i musach. Zimą zdecydowanie należę do tej ostatniej kategorii i jako swego sprzymierzeńca wybrałam otulające masło-krem z serii spa eco relax z Tołpy.


Przydymione opakowanie.

Jak mogliście zauważyć na powyższym zdjęciu masło sięga już dna. Słoiczek wykonany z przydymionego plastiku, wbrew pozorów jest pół - transparentny, więc pozwala nam zajrzeć do wnętrza opakowania przed odkręceniem wieczka. Najciekawsze jest to, że nie wiedziałam o tym dopóki nie zużyłam pewnej części tego masła. Na początku myślałam ,że opakowanie jest ciemne i nic przez nie nie można podejrzeć. Jak widać pozory mylą Przez ostatni miesiąc intensywnie wsmarowywałam je w ciało, by zobaczyć jakie daje efekty.


Intensywny zapach.

Zapach masła-kremu jest bardzo intensywny i trudny do zdefiniowania. Z jednej strony jest rześki, a  z drugiej drażniący. Jeśli tak pachnie drzewo sandałowe lub cedr, to nie chcę koło nich stać. Każdy z nas ma swoje preferencje - niektórym się podoba zapach róży, innym zapach bzu. Podobnie jest w moim przypadku, bo intensywny zapach tego kosmetyku niczym nie urzekł.


Masło czy krem?
Patrząc na nazwę odnoszę wrażenie, że producent nie mógł się zdecydować czy jest to masło, a może już krem? Konsystencja nie jest zbita jak u masła, nie jest też kremowa jak w kremie. Jest lekka i świetnie się rozsmarowuje. Na całkowite wchłonięcie nie trzeba długo czekać. Zapach, który nie jest moim ulubieńcem, długo utrzymuje się na skórze i na ubraniu niestety też.


Jak kołderka.
Mogło by się zdawać, że masło-krem nie przypadło mi do gustu, ale wcale tak nie jest. To, że kompletnie nie odpowiada mi jego zapach, nie umniejsza jego działaniu, na które nie ma co narzekać. Kosmetyk otula ciało jak kołderka. Delikatnie natłuszcza i koi skórę. Staje się ona nawilżona, sprężysta i odżywiona. W sezonie grzewczym, ubierania się na cebulę i skoków temperatury, gdzie na zewnątrz walczymy z mrozem, a w domu możemy chodzić w krótkim rękawku, ten kosmetyk sprawdza się doskonale.

Jeśli macie ochotę sprawić sobie taką kosmetyczną kołderkę, to musicie zainwestować aż 39,99zł.  Ja z szerokiego asortymentu marki postanowiłam wybrać sobie w przyszłości podobny produkt, ale w innym wariancie zapachowym.
Czytaj dalej »

15 stycznia 2017

Ulubione książki 2016 roku

Wstyd się przyznać, ale w 2016 roku nie przeczytałam zbyt wielu książek. Nie biorę udział w wyzwaniach, aby w każdym tygodniu roku przeczytać choć jeden tytuł. Nigdy nie wiem co dzień przyniesie. Czasami jest tak, że w jeden wieczór pochłaniam całe czytadło, innym razem mam zastój, bo ilekroć dotknę głową do poduszki, to odpływam do krainy nibylandii i plany czytelnicze zamieniają się w senne marzenie. Zupełnie osobnym przykładem są pozycję, które ciągną się jak flaki z olejem i czyta się je wyjątkowo trudno. Na pewno nie raz się zmierzyliście z taką książką. Ja jestem uparta i jak już zacznę czytać, to ciągnę daną historię do końca, choćbym se miała w łeb strzelić, bądź umrzeć z nudów. W 2016 roku przeczytałam kilkanaście tytułów, spośród których wybrałam garstkę tych, które szczególnie mi się spodobały.


Taylor Stevens "Informacjonistka"
"Vanessa Munroe ma dość nietypowe zajęcie: handluje informacjami - drogimi informacjami. Wśród jej klientów są korporacje, przywódcy państw i osoby prywatne. Pewien teksański miliarder wynajmuje ją, by odnalazła jego córkę, która zaginęła kilka lat wcześniej w Afryce. Zaintrygowana zagadką zaginięcia dziewczyny Munroe wraca do krainy swego dzieciństwa, gdzie szybko odkrywa, że została zdradzona, odcięta od cywilizacji i pozostawiona na pewną śmierć. Żeby wydostać się z dżungli i uciec przed prześladującymi ją demonami, musi stawić czoło przeszłości, o której od dawna próbowała zapomnieć."


Vanessa Munroe to kobiece wcielenie Jamesa Bonda. Ta silna, inteligentna i nieustraszona kobieta budziła mój podziw już od pierwszych stron książki. Nigdy nie sądziłam, że handel informacjami to dobrze płatna praca, niestety też niezwykle niebezpieczna. Każdy niewłaściwy krok, każda pomyłka może kosztować utratę życia. Pewnego dnia Vanessa dostaje zlecenie odszukać córkę amerykańskiego miliardera, która zaginęła kilka lat temu w czeluściach gorącej Afryki. Bohaterka wie za jakie sznurki pociągnąć, aby zdobyć interesujące ją informacje i rzeczy jak np fałszywe paszporty, karty pobytu. Doskonale posługuje się kilkoma tamtejszymi dialektami, pakuje się w niejedne kłopoty, a czytelnik czyta stronę za stroną, by dowiedzieć się jak się z nich wyplącze. Wartka akcja, ciągłe napięcie sprawiają, ze książkę czyta się jednym tchem.

Czy Vanessa odnajdzie córkę miliardera? W jakie kłopoty się wpakuje i jaką tajemnicę skrywa jej mroczna osobowość? Sięgając po ten thiller poznacie odpowiedzi na każde z tych pytań.

Wydawnictwo : Rebis
Rok wydania : 2012
Ilość stron : 316
Oprawa : miękka
Cena detaliczna : 33,90 zł

Erica Spindler "Koszmary przeszłości"
"Kiedy siedemnastoletnia Katherine McCall budzi się pewnego ranka i widzi zmasakrowane zwłoki starszej siostry Sary, w ułamku sekundy całe jej życie zmienia się bezpowrotnie. Kat, uznana za główną podejrzaną, staje przed sądem. Po procesie poszlakowym ława przysięgłych oczyszcza ją z zarzutów, ale nie wszyscy zgadzają się z tym orzeczeniem. Dziewczyna ma tylko jedno wyjście – musi wyjechać z miasteczka. Zabiera ze sobą mroczny sekret, który ją dręczy, gdyż nie jest pewna, czy nie miała czegoś wspólnego ze śmiercią Sary…

Mimo upływu lat Kat nadal nie może spać spokojnie, dręczona niewyjaśnioną śmiercią siostry i anonimowymi listami. W dziesiątą rocznicę zbrodni postanawia zawalczyć o sprawiedliwość. Aby odnaleźć mordercę wraca do Liberty w Luizjanie.

Miasteczko nadal oplata sieć tajemnic i podejrzeń. Katherine znajduje sprzymierzeńca w osobie detektywa Luke’a Tannera, ale wydaje się, że nikt inny nie stoi po jej stronie. Ma mnóstwo wrogów, nie ufa nikomu i wie, że gdzieś czyha morderca, zdecydowany ukręcić łeb sprawie. Kat musi zadecydować, czy warto walczyć o sprawiedliwość, skoro stawką jest jej własne życie."



Kat McCall to zbuntowana nastolatka, nad którą prawną opiekę ma jej starsza siostra Sara. Po śmierci rodziców dziewczyny odziedziczyły duży majątek, ale Kat będzie mogła zarządzać swoją częścią dopiero w momencie osiągnięcia pełnoletności. Pewnego dnia Sara dowiaduje się, że Kat pod pretekstem dodatkowych zajęć sportowych zadaje się z dorosłym mężczyzną. Zatroskana siostra zakazuje Kat dalszych kontaktów. Kat wybucha i życzy siostrze śmierci. Następnego dnia znajduje Sarę martwą. Wszystkie podejrzenia padają oczywiście na nastolatkę. Nic w tym dziwnego skoro sąsiedzi słyszeli jak wykrzykuje groźby pod adresem siostry. Komendant chcę jak najszybciej zamknąć dziewczynę za kratkami, ale po poszlakowym procesie zostaje ona oczyszczona z zarzutów. Kat bojąc się sąsiedzkiego linczu ucieka z miasta. Po 10 latach postanawia wrócić do rodzinnego domu, aby odnaleźć prawdziwego sprawcę i doprowadzić sprawę do końca, oraz by rozkręcić tu swój biznes. Pomaga jej w tym policjant Luke Tunner. Sprawa zostaje otwarta na nowo, ale Kat nie może czuć się bezpiecznie. Ktoś chcę ją powstrzymać przed odkryciem prawdy.


Uwielbiam książki Ericki Spindler, dlatego, że wciągają one od pierwszej strony. "Koszmary przeszłości" to kolejna pozycja, od której nie można się oderwać. Czy Kat odzyska zaufanie sąsiadów? Czego uda jej się dowiedzieć o okropnym wieczorze sprzed 10lat i w końcu kim jest morderca? Zachęcam do lektury, na pewno nie będziecie czuć się nią rozczarowani.



Wydawnictwo : Książki GJ
 Rok wydania : 2013
 Ilość stron : 355
Oprawa : twarda
Cena detaliczna : 34,90 zł

Barbara Freethy "Nie mów nic"
"
Julia planuje właśnie ślub, gdy na wystawie słynnego fotografa dostrzega zdjęcie małej dziewczynki przed bramą rosyjskiego sierocińca, dziewczynki, w której rozpoznaje siebie. I choć wydaje jej się to niemożliwe, bo wychowywała się w pełnej rodzinie i nie była adoptowana, ma jednak taki jak tamta dziewczynka wisiorek z łabędziem i starą rosyjską laleczkę. Matka Julii niedawno zmarła, nie może więc nic wyjaśnić, nie żyje także autor zdjęcia. Jedyną osobą, która może pomóc dziewczynie, jest jego syn, Alex. On jednak także ma własną tajemnicę…"


"Nie mów nic" to chyba pierwsza książka tej autorki, którą miałam przyjemność przeczytać. Lekki styl sprawia, że w sposób naturalny zostajemy wciągnięci w tą opowieść, a jest ona bardzo tajemnicza i zaskakująca.

Główną bohaterką jest Julia, szczęśliwie zakochana, zaręczona i planująca wspólną przyszłość z ukochanym. Pewnego dnia jej życie wywraca się do góry nogami. Wszystko to za sprawą starej fotografii, na której widnieje mała dziewczynka przed bramą sierocińca. Julia nie może oderwać wzroku z od fotografii, odnajduje w niej siebie. Postanawia przeprowadzić śledztwo i odkryć karty historii, swojej historii. Pomaga jej Alex, syn nieżyjącego fotografa.

Czy Julia odkryje tajemniczą przeszłość? Czego dowie się o swoim pochodzeniu? Czy wrócą do niej wspomnienia pierwszych czterech lat swojego życia, które najprawdopodobniej wyparła z pamięci? Kto okaże się przyjacielem, a kto śmiertelnym wrogiem? Gorąco zachęcam do przeczytania tej cudownej książki, która strona po stronie wciąga jeszcze bardziej.

Wydawnictwo : Bis
 Rok wydania : 2014
 Ilość stron : 445
Oprawa : miękka
Cena detaliczna : 38,90 zł


Brenna Yovanoff "Wyśnione miejsca"
"Są dwie Waverly.
Pierwsza: ma nieskazitelny wygląd, popularnych przyjaciół, najlepsze oceny w szkole i świetne wyniki w sporcie.
Druga: to tajemnicza dziewczyna, która zagłusza myśli bieganiem do utraty tchu. W nocy zastanawia się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby zrzuciła maskę, którą nosi za dnia.

Jest dwóch Marshallów.
Pierwszy: bad boy, który nadużywa alkoholu, ryzykując wydalenie ze szkoły. Nie ma to dla niego znaczenia – w końcu jest nikim.
Drugi: ten, który czuje więcej, niż przyznaje sam przed sobą. Zmaga się z ciężarem, o którym inni nie wiedzą.

Waverly i Marshall spotykają się… we śnie. Jest to miejsce, gdzie oboje mogą być sobą. I gdzie dotyk wydaje się równie prawdziwy jak na jawie. Czy odważą się swoje wyśnione miejsca zamienić na rzeczywistość? "


"Wyśnione miejsca" to chyba ostatnia książka, którą miałam przyjemność przeczytać w 2016 roku. Sięgając po nią miałam nadzieję przeczytać coś lekkiego i się nie zawiodłam. Dzięki tej książce możemy przenieść się na chwilę na szkolne korytarze i zmierzyć się z rzeczywistością, która tam rządzi, a nie zawsze jest ona łatwa.

Waverly i Marshall to dwie bardzo kontrastujące ze sobą postacie. Ona jest ładną, popularną i wzorową uczennicą z licznymi sukcesami w sporcie, a on to typowy przykład niegrzecznego chłopca, który wieczory spędza u swojego brata na pijackich libacjach. Dopiero kiedy przychodzi wieczór oboje mogą zrzucić maski, którymi na co dzień się zasłaniają i nareszcie pokazują swoje prawdziwe oblicze. Waverly nie może w nocy spać i wszystkie emocje zagłusza bieganiem, natomiast Marshal to tak naprawdę wrażliwy chłopak. Spotykają się oni we śnie, gdzie mają możliwość poznać swoje prawdziwe oblicza.

Czy senne mary będą miały wpływ na rzeczywistość? Czy ta znajomość przerodzi się w coś więcej? Czy bohaterowie będą umieli porzucić swoje dotychczasowe życie na rzecz nowej znajomości?

Mimo, że teoretycznie książka jest dla młodzieży to polecam po nią sięgnąć - strony same się przewracają. Lekki język, zaskakujący wątek i historia, która zostaje w pamięci.

Wydawnictwo : moondrive
 Rok wydania : 2016
 Ilość stron : 358
Oprawa : miękka
Cena detaliczna : 34,90 zł

Wszystkie książki, które znalazły się w tym zestawieniu mają w sobie "to coś", co nie pozwala ich odłożyć na półkę. Historię w nich zawarte są tak ciekawe, tak poruszające, nietypowe i zaskakujące, że zostają w pamięci na długo. Mam nadzieję, że znajdziecie w tej krótkiej liście moich ulubionych książek 2016 roku jakiś tytuł, który szczególnie przypadnie Wam do gustu.

Czytaj dalej »

11 stycznia 2017

Selfie project - kosmetyki matujące

Selfie project to nowa marka kosmetyków, które od niedawna można nabyć w Rossmannie. Szturmem podbiła ona polską blogosferę. Dedykowana jest ona osobom młodym i choć ja już pierwszej młodości nie jestem postanowiłam je wypróbować. Powód był jeden - obietnica producenta o zmniejszeniu błyszczenia się twarzy. Do tej pory nie znalazłam ideału, a nikt nie lubi świecić się przez cały rok jak choinka we wigilię. Oj tak, mieszana cera potrafi dać się we znaki. Od ponad miesiąca używam lekkiego kremu nawilżająco matującego i żelu myjącego 3w1. Czy ta kuracja faktycznie działa? A może producent idealizuje produkt w celu zwiększenia sprzedaży? Odkrywam dla Was karty.



Lekki krem matująco nawilżający.Uwielbiam lekkie kremy, a jak dobrze nawilżają i do tego matują stają się one moim must have. W tubce kremu Selfie project mieści się 50ml kosmetyku, co stanowi standardową objętość kremu do twarzy. Patrząc na opakowanie miałam wrażenie, że jest go nieco więcej, jednak było to mylne spostrzeżenie. Producent zadbał o odpowiednie zabezpieczenia przed wścibskimi paluszkami młodych klientek. Produkt ten, oprócz tego, że mieści się w kartoniku, to także nakrętka jest ściśle ofoliowana, dzięki czemu pierwszym użytkownikiem staje się osoba, która zdecydowała się kupić ten krem. Chwalę to sobie bardzo, bo mam nieprzyjemne doświadczenia z kosmetykami pochodzącymi z tej drogerii, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorówkę, gdzie trudno znaleźć coś co nie było używane przez ciekawskie klientki.


Pokaż kotku co masz w środku.
Skład jest dość długi, ale ciekawy. Nie znajdziemy w nim parabenów, parafiny, SLS i SLES. Na pewno warto zwrócić uwagę na węgiel bio-aktywny, który gra tu główne skrzypce. Ma on bowiem działanie antybakteryjne, pochłania zanieczyszczenia i sebum, a także zwęża i oczyszcza pory.


 Ten fikuśny niebieski kwiatuszek, który mogliście zauważyć na opakowaniu też odgrywa tutaj ważną rolę - to blue daisy, a wyciąg z niej nawilża i łagodzi skórę. Wykazuje ona także działanie łagodzące - koniec z zatem z zaczerwienieniami i podrażnieniami.


Szach i mat.

Kolor
tego kremu jest mi bliżej nieokreślony, choć według mnie oscyluje on w jednym z odcieni szarości. Pachnie przepięknie, jak damskie perfumy. Dałabym sobie rękę odciąć, że w czasach licealnych miałam wodę toaletową o takim zapachu.


Krem ma lekką formułę - łatwo się rozprowadza i momentalnie wchłania do idealnego matu. Świetnie sprawuje się solo, ale stanowi także dobrą bazę pod podkład, gdyż utrzymuje on skórę w ryzach przez wiele godzin. Sięgając po kosmetyki tej marki, która umówmy się jest przeznaczona dla nastolatków, miałam obawy czy nie osiągnę odwrotnego efektu, ale stan mojej skóry zdecydowanie się polepszył. Skóra jest nawilżona na całej płaszczyźnie. Zwykle używając produktów matujących tylko strefa T była odpowiednio zadbana, podczas, gdy policzki przesuszone. Tutaj mamy jednak kompleksową pielęgnację. Biorąc pod uwagę powyższe argumenty cena jest jak dla mnie zaniżona ( ok 16zł ), ale dzięki temu dostępna dla wszystkich.  

Żel myjący peeling maseczka 3w1Pora na drugiego bohatera tego wpisu, a jest nim swoisty Chuck Norris wśród kosmetyków, bo któż jak nie on potrafi robić 3 rzeczy na raz (no, ok każda kobieta potrafi). Kosmetyk ten można używać na trzy sposoby - jako żel myjący, peeling, a także maseczka. W zależności od potrzeby, nastroju i dyspozycyjności możemy wybrać najbardziej odpowiadający nam wariant.


Opakowanie jest całkiem spore ( 150ml ) i podobnie jak krem ma on zabezpieczenie w postaci folii na nakrętce. Do cech wspólnych należy również obecność węgla bio-aktywnego w składzie. Poza nim znaleźć w nim możemy mineralną glinkę kaolin, która głęboko oczyszcza i reguluje wydzielanie sebum. Reminalizuje skórę, usuwa z niej toksyny i przynosi odprężenie. Jako zdzierak służą tutaj zmielone pestki moreli, które choć są maleńkie to jednak ostre.


 Szary kolor produktu może nie jest szczytem marzeń, ale gęsto osadzone drobiny już tak. Kosmetyk ten wypróbowałam w zalecanych 3 wariantach i muszę przyznać, że najsłabiej wypadł on jako żel myjący. Duża zawartość drobin sprawiła, że mimo starań i delikatności, z jaką starałam się umyć nim buzię i tak było wyczuwalne tarcie. Jak już wyżej wspomniałam drobinki są ostre i występują w dużej ilości, dlatego było to nieuniknione.


Jako peeling spisuje się rewelacyjnie - dobrze usuwa martwe komórki naskórka, wygładza skórę, odblokowuje pory. Naturalny zdzierak w postaci zmielonych pestek moreli potrafi zdziałać cuda.

Ostatnim wariantem z jakim przyszło mi się zmierzyć była maseczka. Po nałożeniu produktu na twarz wyczułam chłód, a także delikatne szczypanie. Nie zauważyłam tego wcześniej podczas peelingu i mycia twarzy. Szybko jednak wyczytałam ,że jest to normalna reakcja skóry, a owe szczypanie ma nas upewniać w działaniu glinki. Maseczka nałożona cienką warstwą wysycha szybko, dobrze się zmywa i cudownie odświeża cerę. Skóra nie jest przesuszona, czy nieprzyjemnie napięta. Wręcz przeciwnie jest ukojona i odprężona. Za tą kosmetyczną hybrydę zapłacimy ok 14zł.

Po kilku tygodniach stosowania duetu tej młodej marki, mogę śmiało stwierdzić, że warto w nie zainwestować. Nie ma problemów z ich dostępnością, kosztują grosze i są naprawdę skuteczne. Wbrew obiegowej opinii i zaleceń producenta mogą je używać także osoby starsze, które podobnie jak ja borykają się z nadmiernym błyszczeniem skóry.

Czytaj dalej »